Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamknięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamknięte. Pokaż wszystkie posty

4 sie 2009

Pieczarka - specjalność zakładu


Igor - Bar Pieczarka jest na Piotrkowskiej od nie wiem jak dawna. Nigdy jednak nie był na tyle intrygujący aby skusił mnie do wejścia.
Asia - Ale pewnego słonecznego dnia, mając w domu awaryjny obiad postanowiliśmy zajrzeć na małe co nieco.
Igor - Bar jest nieopodal UMŁ, można by powiedzieć że pod UMŁ, ściślej rzecz ujmując w piwnicach tegoż samego budynku przy ul. Piotrkowskiej 106/110.
Asia - Wydawało mi się, że przez wiele lat był tam bar sałatkowy - ale mogę się mylić. Weszliśmy do zupełnie nieznanego nam wnętrza. Malutkiego.
Igor - Faktycznie, po zejściu schodami w dół weszliśmy do małego pomieszczenia, z ladą sprzedawcy po środku, z sześcioma stolikami na salce.
Asia - Na ladzie leżały menu, więc je sobie wzięliśmy, usiedliśmy i zaczęliśmy wybierać nasze przekąski.
Igor - A w karcie znajdywał się niewielki wybór dań kuchni domowej - kotlety, surówki, pierogi, naleśniki. Był też niewielki wybór napojów bezalkoholowych.
Asia - Ceny nie wygórowane (na pierwszy rzut oka), czysto, spokojnie. W sam raz aby wyskoczyć z pracy na szybkie jedzenie.
Igor - Wybraliśmy dość szybko: ja medalion i frytki (każda z pozycji to osobny punkt i indywidualna cena), Asia zaś zestaw pieczarki, frytki i dodatki.
Asia - Dania jak to w barze, zamawia się przy barze. Igor, więc zabawił się w kelnera i zamówił nasze potrawy.
Igor - No i od razu musiałem zapłacić. Wróciłem do stolika i rozpoczęliśmy oczekiwania. Wtedy wpadło mi do głowy wyjaśnienie dla nazwy baru - można by pomyśleć że nazwa "Pieczarka" to od grzyba, ale ja bym stawiał bardziej na małą pieczarę.
Asia - Nasze oczekiwanie nie trwało długo. Jakieś 10-15 minut. Po tym czasie pani zza baru przyniosła nam sztućce i nasze talerze. Mój na pierwszy rzut oka wyglądał ciekawie. Bardzo kolorowo. Ale jak zaczęłam jeść... No faktycznie dostałam przekąskę. Z zimnymi frytkami, ogromnymi pieczarkami, niewielką ilością: konserwowej papryki, kiszonego ogóra, zielonego ogórka ze skórką, groszku, 4 kawałków pomidorka, liścia sałaty, koperku do dekoracji, paskudnej kukurydzy z puszki i ketchupu. Zjadłam, ale zdecydowanie bez apetytu.
Igor - Zamówiony medalion okazał się smacznym mięsem schabowym w który zawinięte było nadzienie z pieczarek. Frytki niczego sobie, bez rewelacji, ale były ciepłe. Moje danie było przyjemną przekąską, ewentualnie dobrym obiadem dla mniej głodnego.
Asia - A ponieważ Pieczarka to bar, więc nie przesiadywaliśmy tam dłużej niż to konieczne. Zamówiliśmy, zapłaciliśmy, zjedliśmy i wyszliśmy. Całą wizyta trwała nie dłużej niż 30 minut.
Igor - No i chyba w takim celu jest stworzona "Pieczarka", na lunch w ciągu dnia. Zdecydowanie nie jest to miejsce do posiedzenia i kontemplowania.

Wydatki:
Zestaw pieczarki, frytki, dodatki 12 zł
Frytki 5,00 zł
Medalion 9,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +2
jedzenie: +2
czas: +5
wystrój: -1
czystość: +4


Ogólna ocena:

Bar Pieczarka
Łódź, ul. Piotrkowska 106/110


Wyświetl większą mapę

15 lip 2009

InVito - zwykła pizzeria


Igor - Jest środa 15 lipca, połowa miesiąca po tym jak powinniśmy odwiedzić Ciepłe Kluchy.
Asia - Zaraz po pracy udaliśmy się na Zachodnią 66A, niestety byliśmy tam za pięć dwunasta, a w zasadzie za pięć 19.00.
Igor - Okazało się, że możemy jeszcze wejść i zjeść, ale niestety wybór dań nie jest już za duży. Nie chcąc więc przetrzymywać pracowników, postanowiliśmy poszukać czegoś w okolicy.
Asia - Poszliśmy więc na drugą stronę kwartału ulic Zachodnia, Próchnika, Piotrkowska, Więcowskiego. I weszliśmy do InVito przy Piotrkowskiej 25.
Igor - Jest to pizzeria - sieciówka, w tym momencie poza Łodzią InVito jest także w Warszawie, Gdyni, Krakowie, Wrocławiu, Sandomierzu i Bielsko-Białej.
Asia - Mimo, że lokal ten jest otwarty stosunkowo od niedawna, już teraz nie brak mu klientów. Ogródek, który wydał nam się najlepszym miejscem na leni obiad, był niestety wypełniony po brzegi. Zdecydowaliśmy się wejść do klimatyzowanego środka.
Igor - Takie upały, że jednak klima nie dawała rady, i warunki były podobne do tych na zewnątrz. W środku, jest jedna sala wypełniona stoliczkami. Przede wszystkich czteroosobowymi, ale są też miejsca na liczniejszych grup.
Asia - Zaraz po tym jak usiedliśmy, podeszła do nas kelnerka i położyła menu.
Igor - Karty, to 8 stron zalaminowanych kartek formatu A4.
Asia - Na stoiku stały karteczki informujące, że wino białe lub czerwone sprzedawane na lampki (100 ml) kosztuje 5 złotych.
Igor - A w samym menu znaleźć można przekąski, zupy, sałatki, spaghetti, penne, tagliatelle, tortellini, lasagne, no i oczywiście bogaty wybór pizzy. 29 rodzajów oraz możliwość skomponowania własnej pizzy - każdy dodatek w zależności od wielkości ciasta kosztuje 3.50 zł lub 4.50 zł.
Asia - Najdroższa pizza kosztuje 34.90 zł (Frutti di mare 42cm), a najtańsza Margherita kosztuje 14.90 zł za 32cm.
Igor - Poza jedzeniem, można też zamówić napoje zimne, alkohole i wina.
Asia - Do napojów jak i do win podawana jest "przekąska gastronomiczna".
Igor - No ale podeszła do nas kelnerka i musieliśmy się na coś zdecydować. Asia wzięła Sałatkę wegetariańską, ja zaś skusiłem się na pizzę. Wybrałem Calzone Capri czyli pizzę "pieróg" (sos, ser, szynka, pieczarki, oregano), licząc na coś smacznego i wyglądającego nieco inaczej.
Asia - Kelnerka przyjęła od nas zamówienie i zabrała jedną z kart. My zaś zaczęliśmy się rozglądać po lokalu.
Igor - Pod sufitem zawieszone są dwa duże monitory, na których wyświetlany jest jakiś program (chyba N Sport).
Asia - Po chwili przyszła do nas kelnerka z zamówionymi napojami i przekąską gastronomiczną.
Igor - Nie do końca wiemy jak nazwać te paluszki, przypominały nieco kształtem grissini. Były z wierzchu pokryte delikatnie słoną i ostrawą warstwą. Delikatnie wypieczone, świetnie pasowały jako "czasoumilacze". Wraz z tymi paluszkami, kelnerka przyniosła dwie malutkie miseczki z sosami - jeden biały: czosnkowy, drugi brunatno-czerwony: pomidorowy z dodatkiem ziół.
Asia - Chrupiąc rozglądaliśmy się dalej. Na ciekawie wystrojonej sali stało trzynaście stoliczków, przy których wszystkie krzesełka i po jednym czerwonym fotelu. Krzesełka czarne i zwykłe, ciekawie komponowały się przy zupełnie inaczej wyglądających fotelach.
Igor - Na jednej ze ścian namalowany jest duży fresk przedstawiający amfiteatr Claudi.
Asia - Po drugiej stronie sali, na ścianach wiszą czarno-białe fotografie. Na podłodze położone są duże kremowe kafle, kompletujące dość nowoczesny wystrój.
Igor - Wystrój uzupełniały dwie szafeczki na butelki z winami.
Asia - Było ich zdecydowanie więcej niż w menu. Poza tym wszystkie butelki były puste. Wszystko stało tylko dla ozdoby.
Igor - Nasza przekąska szybko znikała. Była pyszna, a w połączeniu z przyniesionymi sosami smakowała jeszcze bardziej. Na tyle, że zjadłem chyba z połowę sosjerek.
Asia - Ponieważ naszych dań jeszcze nie było, udałam się do toalety. O ile większość znajdującego się tam sprzętu była czysta, tak poręcz tuż przy muszli, nie widziała ścierki chyba od tygodnia. Damska toaleta połączona jest ubikacją dla niepełnosprawnych.
Igor - Swoją drogą śmieszne jest, że lokal posiada toaletę dla niepełnosprawnych, ale żeby się do niego dostać trzeba pokonać dwa stopnie i wąskie wejście.
Asia - Niedługo potem przyszła kelnerka z naszymi daniami. Przede mną stanął kwadratowy talerz wypełniony po brzegi składnikami sałatki. Jako dodatek dwie kromeczki bagietki, sowicie nasączonych oliwą (albo bardziej prawodopodobne że olejem).
Igor - Przede mną zaś postawiono ogromny talerz z parującą pizzą. Wtedy tez okazało się, że te dwa pyszne sosy, nie były dodatkiem do przekąski gastronomicznej, a sosami do pizzy. Połowę zjadłem wraz z paluszkami, druga połowa miała mi starczyć do pizzy? No i zapomniano też o jakiejś łyżeczce do nalewania sosu - widelcem robi się to wyjątkowo ciężko, a wylewanie z tych miseczek kończyło się zaciekami na stole.
Asia - Moja sałatka składała się z sałaty, pomidora, ogórka, papryki, cebuli, kukurydzy i oliwek. Całość zroszona sosem winegret, ale w menu było podane, że sałatkę można także zamówić z sosem czosnkowym - kelnerka nie dała mi jednak wyboru.
Igor - Po przekrojeniu ciasta, z środka wylała się woda. Niestety, ale pieczarki których użyto do mojego dania, nie były wcześniej przesuszone, przez co całą wodę jaką w sobie miały - oddały podczas pieczenia.
Asia - Za to moja sałatka była świeża i chrupiąca. Sosu winegret jest nie za dużo, akurat w sam raz.
Igor - Moja pizza nie należała do najlepszych jakie jadłem. Ciasto nieco gumowate, nadzienie pływające, a szynka pociachana na wielkie plastry.
Asia - Ja w swoim daniu nie znalazłam wad.
Igor - Pałaszując nasze dania spostrzegliśmy, że przestała grać muzyka. Po przyjściu coś sączyło się z głośników, teraz jedyne co było słychać to odgłosy z kuchni.
Asia - Zastanówmy się nad samym lokalem. Wnętrze nie jest porywające, jest bardzo czyste i nowoczesne. Nie jest też przytulnie, co raczej sprzyja szybkiemu wejściu i zjedzeniu, ale nie posiedzeniu ze znajomymi lub na randce.
Igor - InVito znajduje się tuz obok pizzerii Presto - dość silnej konkurencji. Vis a vis jest "szybkonald's" na parterze Magdy.
Asia - Kiedy zjedliśmy, pojawiła się kelnerka pytając czy chcielibyśmy coś jeszcze.
Igor - Poprosiliśmy o rachunek, upewniając się że można płacić kartą. I tu miła niespodzianka na koniec. Kelnerka spytała się, czy jesteśmy studentami bądź mamy swoją firmę - dla tych grup przewidziane są zniżki (odpowiednio 15 i 20%). To samo, przy zamówieniu dużej pizzy, gdyż za drugą płacimy 50% ceny.
Asia - Komu polecić InVito? Tym, którzy chcą szybko zjeść w ciągu dnia w niezobowiązujacej atmosferze.
Igor - No i na koniec - to jest pizzeria, można zamówić na wynos.

Wydatki:
Sałatka wegetariańska 13,90 zł
Pizza Calzone Capri 16,90 zł
Pepsi 4,50 zł
Mirinda 4,50 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +2
jedzenie: +2
czas: +5
wystrój: +2
czystość: +4


Ogólna ocena:

InVito
Łódź, Piotrkowska 25
tel.0 801 468 486
www.invitopizza.pl
11:00-23:00 w piątki i soboty do 24:00



Wyświetl większą mapę

24 maj 2009

Rossija - shoarma i szczur


Asia - Ankieta w kwietniu zawierała jak zwykle cztery propozycje lokali jakie możemy odwiedzić w maju, jednak niekwestionowanym zwycięzcą okazała się nowa restauracja z kuchnią rosyjską.
Igor - Rossija przy ul. Andrzeja Struga 2 - w piwnicy takiej czerwonej, odnowionej kamienicy. Wejście od ulicy.
Asia - Wybraliśmy się tam w niedzielne popołudnie. Pogoda dopisywała, więc z rozkoszą poszliśmy na spacer.
Igor - Po przejściu niemal całej Piotrkowskiej, skręciliśmy w uliczkę gdzie znajduje się nasza restauracja. Zeszliśmy o żeliwnych schodach do piwnicy gdzie panował półmrok.
Asia - Po lewo mała salka z kilkoma stolikami, na wprost salka z dwoma większymi stołami, po prawej - także przejście... Stanęliśmy na środku i w tym momencie podeszła do nas kelnerka proponując pomoc. Po ustaleniu, że wolimy salę dla niepalących pokazała nam salę na wprost i jeszcze jedną, po skosie od wejścia.
Igor - Zaraz po tym jak się rozsiedliśmy wróciła kelnerka. Położyła przed nami menu i spytała się czy mamy ochotę coś się napić. Podziękowaliśmy, bo najpierw woleliśmy zobaczyć co lokal nam może zaoferować.
Asia - Pobieżna lektura pozwoliła nam wybrać przystawki, dzięki czemu zyskaliśmy trochę czasu na wybór dania głównego. Mnie spodobała się nazwa "czasoumilacz": dla chleba ze smalcem.
Igor - Mnie do gustu przypadła Sałatka czarnomorska z działu "startery". W skład tej przystawki wchodzą sałata lodowa, ogórek, pomidor, cebula, fasola czerwona, kukurydza, filet kurczaka, sos curry.
Asia - Dalsze przeglądanie menu bardzo cieszyło mój żołądek. Dość duży wybór znanych potraw - barszcz ukraiński, placki ziemniaczane, golonka, stroganow czy bliny. Dania główne podzielone są na kuchnię rosyjską i gruzińską, potem jeszcze wybór deserów, dodatków i sosów (Iwan Groźny, zajefajniaszczy, słodko-kwaśny i czosnkowy).
Igor - Wszystko wskazywało, że trafiliśmy do restauracji w której można zjeść dania kuchni rosyjskiej i gruzińskiej. Z resztą bez problemu można było się połapać, gdyż na każdej stronie był nagłówek z jakiej kuchni wybieramy.
Asia - Ja zdecydowałam się na gruzińskie danie z mięsem wieprzowym czyli "delikatne, drobno cięte, opiekane mięso wieprzowe, tradycyjnie przyprawione, podawane z ryżem lub frytkami oraz surówką". Gdy podeszła do nas kelnerka aby zapytać o wybór dania i dodatków poprosiłam aby sama zdecydowała który dodatek najbardziej będzie pasował do tego dania. Pani uznała, że dziki ryż.
Igor - Moją uwagę przykuły szczury... tak tak, w tej restauracji są szczury! Tak przynajmniej głosił napis w menu, gdzie odnalazłem Szczury na patyku czyli filet z kurczaka na wykałaczce razem z warzywami.
Asia - Gdy tylko kelnerka przyjęła zamówienie czmychnęłam do łazienki, która była tuż obok. Dość duża, z małą umywalką, unisex i bez lustra. Znaczy się lustro było, ale już na zewnątrz toalety. Tak dziwnie poprawiać makijaż czy fryzurę gdy obok stoją stoliki, kręcą się ludzie.
Igor - W tym czasie ja oglądałem wnętrze i można powiedzieć że jest ono bez rewelacji. Tzn jest bardzo schludnie, ściany wyściełane bordo tapetą, co jakiś czas wiszą obrazy z pejzażami lub postaciami. Ważną sprawą jest także to, że każdy stolik jest wyściełany obrusem, który jak zaobserwowaliśmy jest wymieniany niezwłocznie po wyjściu klienta.
Asia - Gdy wróciłam z toalety koło stolika stała kelnerka tłumacząc, że nie mogę zamówić "czasoumilacza", bo jest to czasoumilacz dawany gratis do każdego zamówienia. Przyjęłam tę informację z uśmiechem i delikatnym niezrozumieniem... Dlaczego więc kelnerka pozwoliła mi to zamówić.
Igor - Kiedy zaś ja wróciłem z toalety, na stole leżały już sztućce, a zaraz po tym pojawiła się kelnerka z naszymi starterami. Moje danie pachniało wyśmienicie, mięso było zdjęte prosto z patelni, a woń unosząca się z talerza jeszcze bardziej podsycała mój głód. Kelnerka ponownie zapytała się, czy nie chcemy czegoś do picia.
Asia - Póki co podziękowaliśmy. Ja zabrałam się za świeży chleb z chrupiąca skórką i spróbowałam obu smalcy - jednego paprykowego, drugiego z curry. Osobiście przypadł do gustu mi ten pierwszy.
Igor - Ja zaś zabrałem się za pyszną sałatkę. Mięsko było soczyste, sałata lodowa chrupiąca, a inne dodatki pysznie spowite dipem. Całość oceniam za świetną przekąskę, po zjedzeniu której mogłem spokojniej czekać na danie główne.
Asia - Po ok. 30 minutach od zamówienia kelnerka przyniosła nam główne dania. Na moim okrągłym talerzu w malowane kwiaty leżało mięso wyglądem przypominające shoarmę, do tego malutki kubeczek ryżu i trochę surówki. "Delikatne, drobno cięte, opiekane mięso wieprzowe" nie tylko wyglądało jak shoarma, ale też tak smakowało. Nijak. Mojego mięsa nie ratowały ani przyprawy, ani rzekoma delikatność. W sumie ze wszystkiego najbardziej smakowała mi surówka.
Igor - Mój szczurek jednak był pyszny. Wyglądem przypominał de volaille`a. Różnił się tylko długą wykałaczką (używaną do szaszłyków) oraz nadzieniem - zamiast masła były suszone pomidory. Dla upodobania do upieczonego zwierzaka, w jednym końcu były dwa ziarna pieprzu imitujące oczy tytułowego szczura. Obok mięsa otrzymałem smażone ziemniaczki, które smakowały wyśmienicie - delikatnie słone, z pysznym posmakiem kartoflanej skórki. Surówka stanowiła tylko miłe uzupełnienie.
Asia - Zjadłam co się dało z mojego talerza i zaczęłam szukać jakiegoś ukojenia złości na nieciekawą potrawę. Moje ucho wychwyciło muzykę. Rosyjskie hity z głośników - czasem były liryczne, czasem takie bardziej dyskotekowe, ale zdecydowanie za głośne. Do tego wszystkiego jeszcze szum przejeżdżających po ulicy samochodów. Nie wyobrażam sobie tam romantycznej kolacji we dwoje - choć jako taki klimat tworzą świece na stołach.
Igor - Minęły kolejne minuty i zjawiła się kelnerka aby zabrać nasze naczynia i spytać się czy chcemy coś do picia. Odparliśmy, że chcemy jakiś deser.
Asia - Mnie już na samym początku wpadły w oko pączki z pieca. Niestety, okazało się, że dziś ich nie ma (co wzbudziło moje podejrzenie, że pączki pochodzą z pobliskiej cukierni, w niedziele zamkniętej). Ostatecznie poprosiłam o bliny z bita śmietaną i żurawiną.
Igor - A ja po krótkiej konwersacji z kelnerką postawiłem na Pischingera, czyli kawałek tortu waflowego oblany gorącą czekoladą.
Asia - Po około 10 minutah ptrzymaliśmy nasze słodkości. Moje bliny jeszcze parowały, były słodkie, lekko chrupiące. Bardzo smaczne połączenie smaków i konsystencji.
Igor - Mój deser był równie gorący i aromatyczny. Jednak jak na mój gust tort waflowy był za twardy. Mimo wszystko całość smakowała wyśmienicie, po jej zjedzeniu nie miałem już na nic ochoty. No może po za spacerem.
Asia - Gdy tylko kelnerka pojawiła się w zasięgu wzroku (co nie było częste) poprosiliśmy o rachunek. Gdy dziewczyna przyniosła go schowanego w matrioszce podaliśmy jej kartę płatniczą. I tu niemiłe zaskoczenie. W Rossiji nie można płacić kartami płatniczymi! Szybkie przeszukanie kieszeni pozwoliło nam uzbierać gotówkę na rachunek.
Igor - Czy ta restauracja jest godna polecenia? Bez zachwytów, ale jest sympatycznie. Nie wszystko może powala z nóg, ale jest poprawnie. Moje danie było bardzo smaczne, Asia wybrała coś gruzińskiego a otrzymała pospolitą shoarmę.
Asia - Będąc głodnym w tej okolicy można zajrzeć do Rossiji i ostrożnie wybrać jakieś danie. A nuż traficie lepiej niż ja.
Igor - Asia, nie marudź! Moje danie było bardzo dobre i ta nietuzinkowa nazwa.

Wydatki:
Sałatka czarnomorska 9,90 zł
Szczury na patyku 19,00 zł
Gruzińskie danie z mięsem wieprzowym 15,80 zł
Bliny przekładane śmietaną i żurawiną 7,90 zł
Pischinger 4,90 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +2
jedzenie: +3
czas: +2
wystrój: +2
czystość: +5


Ogólna ocena:

"Rossija"
Łódź, ul. A. Struga 2
tel. 504 148 607
www.restauracjarosyjska.pl


Wyświetl większą mapę

4 kwi 2009

Kamienica - małołódzka


Asia - Głosowanie "jaki lokal mamy odwiedzić w kwietniu" zebrało ponad 120 głosów, z czego zdecydowana większość wskazywała "Kamienicę". Nową restaurację przy ul. 6 Sierpnia 2.
Igor - O tyle jest to ciekawe, że raz już byliśmy pod tym adresem po tym jak lokal tam umiejscowiony wygrał w naszym głosowaniu.
Asia - Do niedawna znajdowała się tam restauracja Hola Amigo - nota bene dobrze przez nas oceniona. Jednak niedawno usłyszeliśmy, że lokal zmienił nazwę oraz konkuruje do tytułu "Wnętrze roku 2008".
Igor - Szliśmy tam z mieszanymi uczuciami. Z żalem, że nie ma już smacznie karmiącej knajpy jaką było Hola Amigo; z ciekawością, jak zmieniło się wnętrze aby konkurować w konkursie o najlepsze; z niepewnością, co się kryje pod dość powszechną nazwą; oraz z nadzieją, że wyjdziemy równie zadowoleni jak wychodziliśmy z Hola Amigo.
Asia - Pierwsza różnica jaką widać po wejściu, to całkowita zmiana wystroju. Jest jasno, przejrzyście, stoły równo ustawione pod oknem, wszystkie zasłane obrusami.
Igor - I różnic możemy jeszcze sporo powymieniać, ale nie o to chodzi. Skupmy się na tym czym "Kamienica" może zachęcić, a czym zrazić.
Asia - Zachęcający był kelner. Widząc nasze niezdecydowanie gdzie usiąść zaproponował nam obejrzenie dodatkowej sali. Nazwijmy ją bordo, od koloru ścian. Ostatecznie usiedliśmy właśnie tam.
Igor - Zdecydowaliśmy się też dlatego, że to nowe pomieszczenie w restauracji. Wcześniej były tu zakłady bukmacherskie. Dodatkowo salka jest na uboczu i nie byliśmy zmuszeni na oglądanie każdego ruchu kelnera, czy wchodzących do lokalu.
Asia - Gdy już usiedliśmy na miękkich krzesłach podszedł kelner podając nam menu. Formatu A4, oprawione w skórę. Do wyboru przystawki, kilka sałatek i zup, dania główne, dania rybne, dodatki (typu frytki, ryż, gotowane ziemniaki, blanszowane warzywa). Przed spisem napojów znajduje się kartka z czterema daniami: jajeczkiem faszerowanym na trzy sposoby, sakiewkami podkomorzego, barszczem czerowym i żurkiem. Tak trochę ni w pięc ni w oko.
Igor - Wertując menu zawsze szukam jakiś dań "szefa", ewentualnie posiłków które nazwą nawiązują do lokalu. Nie inaczej było i tym razem, znalazłem jedną z przystawek - małże, zdziwiła mnie jednak nieco nazwa "kaminica". I tu pytanie do właścicieli i znawców - o co chodzi?
Asia - Jeśli chodzi o przystawki to są godne uwagi, bo nie każdemu mogą smakować: śledź, befsztyk tatarski, ozór na szaro, carpaccio z polędwicy, krewetki królewskie, łosoś, szpinak no i te małże. I nie wiem jak to ma się to znalezionego w internecie opisu, że w Kamienicy można "poczuć prawdziwą atmosferę Łodzi i głównej ulicy Piotrkowskiej".
Igor - Dzień był bardzo ciepły, więc w momencie kiedy weszliśmy do Kamienicy, chciało mi się pić. I w momencie kiedy wybrałem na co mam ochotę, przyszedł kelner i przyjął nasze zamówienia - ja sok, a Asia herbata. Moją uwagę zwróciły ceny - soki po 5 zł za 250 ml i aż 6 zł za małe 200 ml buteleczki napojów Coca Coli. Kelner przyjął zamówienie i dał nam czas na wybranie czegoś do jedzenia.
Asia - Zaczęliśmy wybierać dania główne, jednak po chwili zastanowienia zaczęliśmy od zup. Moją uwagę zwróciła zalewajka opisana jako "tradycyjna łódzka zalewajka z kurkami".
Igor - Wyboru zup za dużego nie miałem, bo po tym jak Asia zdecydowała się na zalewajkę, w menu zostały jeszcze dwie pozycje. Wybrałem zupę Julian, czyli rosół z dużą ilością warzyw podawany z kuleczkami drobiowymi.
Asia - I znowu kelner pojawił się w idealnym momencie. Przyniósł nasze napoje, przyjął zamówienie na zupy i spytał, czy mamy ochotę dalej wertować menu.
Igor - Oczywiście że tak! Chcieliśmy zjeść coś na obiad, a zupę traktowaliśmy niemal jako przystawkę. Kiedy wypiłem sok, poszedłem do toalety umyć ręce. Bez trudu dotarłem do łazienek usytuowanych na drugim końcu restauracji. Za drzwiami męskiej toalety, były dwa małe pomieszczenia - jedno z umywalką i pisuarem, drugie z muszlą. Całe pomieszczenie pachnące jeszcze nowością. Wróciłem do stolika z nadzieją, że kelner przyniósł już zupę.
Asia - Ponieważ kelnera nie było, także i ja udałam się do łazienki. Damska toaleta wystrojem pasowała do reszty lokalu. Szkoda tylko, że lustro było okrutnie brudne.
Igor - Przy naszym stole pojawił się kelner, który przyniósł zupy. Zaraz po nim przyszła Asia, dzięki czemu od razu mogliśmy złożyć zamówienie na danie główne. Kelnerowi się nie spieszyło, bo w całym lokalu byliśmy tylko my i to przez cały czas trwania naszej wizyty.
Asia - Ja zdecydowałam się na pierś pod kurkami z brokułami. Brzmiało ciekawie, jednak miałam problem z dodatkiem. Zapytałam kelnera jaki dodatek będzie najlepszy. Nie doradził mi nic wykręcając się, że każdemu smakuje co innego. Na szczęście był w stanie powiedzieć czy pierś będzie chrupiąca czy miękka (to akurat zależało ode mnie). Do chrupkiej piersi wybrałam zatem frytki.
Igor - Mnie skusił sznycel cielęcy na opiekanych ziemniaczkach - cielęcina panierowana z jajkiem sadzonym i cytryną, a pod nią ziemniaczki. Co ważne, a niestety rzadko spotykane, dania w menu były także opisane pod względem gramatury. Kelner spytał się czy życzę sobie jakichś dodatków, zdecydowałem się na warzywa blanszowane.
Asia - Ja z apetytem zabrałam się za parującą zalewajkę. Pycha! Gęsta, sycąca, lekko kwaskowa. Brakowało mi tylko świeżej pajdy chleba.
Igor - A moja zupa... no ciepła woda, lekko słona, z dodatkiem dużej ilości nierówno pokrojonych w paseczki warzyw. Warzywka na wpół surowe, dobre - wiosenne. Na dnie 2 kulki mięsne, słownie: dwie.
Asia - Chwilkę po tym jak skończyliśmy pojawił się kelner i zabrał nasze naczynia. I w sumie nie musieliśmy długo czekać na drugie danie.
Igor - Pojawił się kelner ze wszystkimi zamówionymi rzeczami. Nie zawsze zdarza się aby obsługa dała radę przynieść pięć talerzy na raz.
Asia - Przy mnie stanęły trzy talerze. Jeden duży, okrądły z daniem głównym, i dwa mniejsze z frytkami i brokułami. Na głównym talerzu leżały ułożone na sobie piersi kurczaka, polane artystycznie sosem z kurkami.
Igor - Najpierw stanął przede mną talerzyk z blanszowanymi brokułami, marchwią i kalafiorem, a zaraz po nim duży okrągły talerz z ogromnym kawałem mięsa. Był tak duży, że zakrywał 3/4 talerza i wszystkie znajdujące się pod nim ziemniaczki. Dla ozdoby listek bazylii i kilka źdźbeł szczypiorku.
Asia - Całość pachniała wyjątkowo apetycznie. Zaczęłam od brokułów - i od razu rozczarowanie. Były po prostu zimne. Z frytkami był lepiej. Ciepłe, chrupie, niesolone (sól stała na stole), nietłuste. Zaś mięso? Przyjemnie przypieczone, aromatyczne, do tego słonawy, gęsty sos.
Igor - Ja zacząłem od mięsa, na którym dumnie spoczywało jajko sadzone. Mięso świetnie wypieczone, smaczne i wyraziste w smaku. Aż ślinka leci na samo wspomnienie. Wybierając to danie, miałem nieco inne wyobrażenie o zapiekanych ziemniaczkach. Inne i powiem że gorsze od tego co otrzymałem. Pod kawałem mięsa miałem kilka ćwiartek ziemniaczków w mundurkach. Kartofelki faktycznie były opiekane, po ugotowaniu zostały wsadzone do wysokiej temperatury, dzięki tego skórka była chrupiąca i lekko ponadpiekana. Kolejna rzeczą jakiej spróbowałem były warzywa i tu podobnie jak u Asi zawiodłem się temperaturą.
Asia - Równo po piętnastu minutach od podania dań przyszedł kelner zabrać nasze talerze. Był to wystarczający czas aby zjeść. W dalszym ciągu mieliśmy menu na stole, więc mieliśmy możliwość domówienia deseru, ale po dwudaniowym obiedzie nie było szans abyśmy zmieścili jeszcze coś słodkiego.
Igor - Po prostu byliśmy przyjemnie najedzeni. Czekaliśmy więc na kelnera aby poprosić go o rachunek.
Asia - Gdy już przyszedł podaliśmy mu kartę płatniczą. Kelner jednak zapytał czy mamy gotówkę. Zdziwiło nas to pytanie, zwłaszcza, że na drzwiach wejściowych są naklejki, że lokal akceptuje karty.
Igor - Pan szybko wyjaśnił, że mają stary terminal i nie zawsze płatności przechodzą. Postanowiliśmy jednak spróbować.
Asia - W zasadzie to nie mieliśmy wyjścia. Najpierw w ruch poszła karta Igora, po 3 anulowanych transakcjach, spróbowaliśmy z moją. Po kilku próbach udało się. To co mnie zdziwiło, to wydrukowane logo na paragonie z terminalu... był tam napis "Hola Amigo".
Igor - Komu możemy polecić ten lokal? Gościom hotelowym z pobliskiej Grandki, biznesmenom oraz osobom, którym zależy na wykwintnym podaniu posiłków. Kamienice powinni odwiedzić ludzie ceniący spokój i dobre jedzenie, osoby dla których wysokość rachunku jest sprawą trzeciorzędną.
Asia - Wracając na moment do konkursu "wnętrze roku 2008". Kamienica wygląda na jeszcze nie dokończoną. Gdzieniegdzie wystają kable ze ścian, obrazy stoją na podłodze, czekając na zawieszenie, poremontowe worki wystają z szaf. Ale ogólnie wystój jest przyjemny, elegancki, a stoliki ustawione są tak aby zapewnić maksymalną wygodę. Całość dopełnia miła i spokojna muzyka.
Igor - Kiedy wychodziliśmy z restauracji, nadal nie widzieliśmy nikogo z klientów. W Hola Amigo było to samo - dobre jedzenie, świetna lokalizacja i rzadko większa liczba klientów. Kamienica jest dopiero na początku wyrabiania sobie marki, jak dla nas jest ona smaczna.

Wydatki:
Zalewajka 9,00 zł
Zupa Julian 10,00 zł
Sznycel 29,50 zł
Pierś z kurczaka 22,50 zł
Frytki 5,00 zł
Blanszowana warzywa 5,00 zł
Herbata 5,00 zł
Sok 5,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +4
jedzenie: +4
czas: +5
wystrój: +3
czystość: +4


Ogólna ocena:

"Kamienica"
Łódź, ul. 6 Sierpnia 2
tel. 042 630 18 59


Wyświetl większą mapę

3 lut 2009

Tawerna Akropol - nie udawaj Greka


Igor - Comiesięczna sonda zdecydowała, wysłaliście nas na Akropol. W taką fatalną pogodę wolałbym do oryginalnego, ale że w Grecji teraz strajkują i blokują drogi, postanowiliśmy zostać w Łodzi.
Asia - Choć trzeba przyznać, że wycieczka do greckiej Tawerny Akropol to nie lada wyprawa. Znajduje się bowiem ona przy ul.Traugutta, niedaleko Sienkiewicza. W dość niepozornej kamienicy.
Igor - Dość. Bardziej trafić można do pobliskiej Żabki. Na dobrą sprawę, sami nie byliśmy pewni czy aby dobrze trafiliśmy i czy w ogóle jest otwarte.
Asia - Po otwarciu drzwi widać półokrągłą kurtynę. W środku paliło się światło, ale było bardzo cicho. Nieśmiało weszliśmy. Przy barze pojawiła się dziewczyna, która zaprosiła nas do środka i zapewniła, że lokal jest czynny.
Igor - Dość dziwacznie zabrzmiało pytanie, czy życzymy sobie sali na palących czy niepalących. Co to ma za znaczenie w momencie kiedy każda z sal jest pusta? Kiedy stwierdziliśmy że wolimy zjeść w sali dla niepalących, zapalono w niej światło - najmniejsza, na samym końcu i w dodatku zaraz przy toalecie (ale o tym później). Wybraliśmy więc środkową salę, usiedliśmy pod ścianą i rozsiedliśmy się. Kurtki powiesiliśmy na dwóch z ośmiu wieszaków - nieco mało jak na dwudziestoosobową salę.
Asia - Gdy tylko zajęliśmy miejsca usłyszeliśmy grecką muzykę z głośników. Kelnerka podała nam menu i zapaliła świeczkę na zastawionym stole (świece, sztućce, kieliszki, obrus).
Igor - Zaczęliśmy wertować karty dań. Są w niej zarówno zakąski zimne jak i ciepłe, saganki, sałatki, dania z grilla i pieczone, ryby, oraz specjały tawerny. Dodatkowo desery i napoje. Ciekawe, że każda potrawa ma grecką nazwę na początku, a później krótkie wyjaśnienie - ciekawy zabieg dodający oryginalności proponowanym daniom.
Asia - I sprawiający trudności przy zamawianiu. Ja po chwili zastanowienie zdecydowałam się na danie Moussakas czyli zapiekankę z bakłażana, ziemniaków i mięsa w delikatnym sosie beszamelowym. Do tego herbata na rozgrzewkę.
Igor - Ja postawiłem na Bifteki scharas me feta czyli kotlet z mięsa jagnięco-wieprzowego faszerowany serem feta i ostrą papryczką.
Asia - Kelnerka pojawiła się po kilku chwilach. Przyjęła moje zamówienie i doprecyzowała zamówienie Igora.
Igor - Bo mogłem do swojego mięsa wybrać albo frytki, albo ryż z sosem paprykowym. Postawiłem na to drugie, frytki można zjeść niemal wszędzie. Niestety, w menu nie ma wymienionych win, a kelnerka słysząc o mojej chęci napicia się, nawet się nie zająknęła o oddzielnej karcie. Zaproponowała jedynie domowej roboty wino według greckich recept. Zgodziłem się. Kelnerka przyjęła zamówienie i zniknęła w kuchni.
Asia - Ponieważ przygotowywanie dań troszkę trwało, a my zaczęliśmy być głodni, podeszłam do baru i domówiłam porcję ciasteczek z fetą, na gorąco. Przy okazji dowiedziałam się gdzie jest toaleta. Doszłam na koniec lokalu, minęłam drzwi i zwątpiłam... smuga światła wydobywała się z jakiegoś pomieszczenia gospodarczego. Po omacku znalazłam kontakt, żeby włączyć światło i właściwe drzwi. Weszłam, szybko umyłam ręce w lodowatej wodzie i wyszłam. Brr... Było tam na prawdę zimno.
Igor - Ja też musiałem iść do toalety. Miałem więcej szczęścia - wiedziałem już gdzie iść, znalazłem kurek z ciepłą wodą, ale przez to nie uciekałem tak szybko i mogłem zobaczyć jaki bałagan panuje na podłodze toalety. Ogólnie rzecz biorąc widać, że wszystko już było nieco używane, a wtyczka grzejnika wisiała z gniazdka jedynie na dwóch kablach wystających ze ściany.
Asia - Niedługo po tym jak Igor wrócił kelnerka przyniósł nam talerzyk z ciasteczkami i dodatkowe talerze dla nas. Talerz kolorowy, w kwiatki. Leżały na nim trzy trójkąciki fety zawiniętej w ciasto francuskie. Całość wyglądała na przed chwilą wyjętą z głębokiego tłuszczu, lekko przyrumienioną,
Igor - Delikatnie wziąłem jedno ciasteczko na spróbowanie. Nie za bardzo wiedząc czego się spodziewać, ugryzłem delikatnie nadziany na widelec trójkącik. Ciasto francuskie było gorące, ale ser feta w środku miło letnia i słona. Kolejny kęs jednak nie był już tak smaczny - odkryłem bowiem sekret przygotowania ciasteczek. Są one gotowe i zamrożone, dopiero jak klient zamówi rzuca się je na gorący tłuszcz. No więc ugryzłem tyropitakię i poczułem zmarzniętą fetę. No cóż - pomyślałem, zdarza się.
Asia - Ciasteczka były smaczne, szkoda, że właśnie zimne wewnątrz. Ale pomysł na taką przekąskę mi się spodobał.
Igor - No nic, ale czekaliśmy na dania główne. Mieliśmy czas na oglądanie wnętrz, a ja na degustacje wina. Cóż wino, faktycznie nie za szczególne i raczej domowej roboty. Poziom octu dość wysoki, klarowność nie najlepsza i kwasik dość wyraźny. Skupiłem się więc na wnętrzach tawerny.
Asia - Z jednej strony wystrój dość prosty. Stoły i krzesła stoją pod ścianami. Cały lokal jest utrzymany w jasnych kolorach. Osobiście moją uwagę przykuły mocowania lamp. Niby prosta lampa, ale metalowe dekoracje, łańcuszki i połączenia dawały ciekawy efekt.
Igor - Ze ścian wystają fragmenty greckich kolumn, a przy wejściu na tle greckiej flagi powieszone są charakterystyczne białe greckie stroje. Więcej motywów nawiązujących do Grecji nie znalazłem. W menu jeszcze wyczytałem, że antyczny wystrój został nagrodzony III miejscem w konkursie "Najlepsze wnętrze 1999 r." oraz wyróżniony przez miesięcznik "Dom i Wnętrze":"...za przeniesienie w łódzki pejzaż klimatu greckiej gospody, twórczo i z kulturą".
Asia - A ja doczytałam, że dania "są sporządzane przez naszych kucharzy na zamówienie z powodu dbania o ich świeżość, smak i estetykę. Dlatego bardzo prosimy by byli Państwo wyrozumiali w związku z czasem oczekiwania na potrawy". Byliśmy więc wyrozumiali i grzecznie odczekaliśmy 30 minut.
Igor - Kiedy po tym czasie pojawiła się kelnerka, otworzyłem szeroko oczy i uśmiechnąłem się. Asia dostała dużą porcję, ja nie mniejszą. Byłem pewien że oboje się najemy, a zapach dawał mi przypuszczenie, że i smak będzie wyborny.
Asia - Z apetytem podeszłam do ogromnego sześcianu zapiekanki jaki miałam przed sobą. Do tego sporo sosu. Wszystko jeszcze parujące, bardzo smakowicie pachnące. Wzięłam pierwszy kęs i upewniłam się, że zapiekanka to był dobry wybór.
Igor - Ja zacząłem od ryżu polanego sosem paprykowym, w kolorze pomarańczowym. Ryż był parujący, ale sos był zimny, w sumie całość była letnia. Ale ryż był tylko uzupełnieniem dania, które pachniało i wyglądało imponująco. Spróbowałem najpierw roztopionego żółtego sera, którego plasterek był na wierzchu. Później zabrałem się za kotleta z brzegu i smak wydał mi się interesujący, kolejny kęs i smak wydał mi się jeszcze bardziej znajomy, niemal jak krwisty stek. Stwierdziłem, że coś tu jest nie tak i naciąłem większy kawałek mięsa. No i niestety okazało się, że w środku mięso było jeszcze surowe. Z wielkim żalem stwierdziłem, że nie będę jeszcze jadł i pójdę do kucharza i zwrócę się o "nieco mniej surowe mięso".
Asia - Igor wstał i w sumie z lekką nieśmiałością poszedł do kuchni, aby zadziałać coś z tym mięsem. Ja w tym czasie powolutku rozkoszowałam się zapiekanką. Dojrzałam przy okazji element wystroju w postaci wazonów pełnych świeżych tulipanów.
Igor - Kiedy zobaczył mnie kucharz, od razu przestał kopcić papierocha, wstał i podszedł do mnie, a zaraz za nim kelnerka. Tak jak jeszcze ona podeszła do sprawy dość ugodowo, tak kucharz chyba poczuł się urażony i do końca twierdził, że to nie było surowe mięso - udawał Greka.
Asia - Konwersacja Igora z kucharzem trwała dość długo. Stanęło na tym, że kucharz wziął talerz. A Igor wrócił. Liczyłam, że podpieką mu mięso, więc za kilka minut będzie mógł już dalej jeść. Okazało się jednak, że ja już prawie kończyłam zapiekankę, a Igor nadal patrzył na puste miejsce na stole.
Igor - Skorzystałem z okazji i podjadałem Asi z talerza. Faktycznie jej danie było wyśmienite, ni słodkie ni ostre. Co mogłem robić, wino też się skończyło. Wsłuchiwałem się w jakieś dźwięki z kuchni - czyżby to mikrofalówka miała sprawiać aby moje danie było gotowe także w środku?
Asia - Co więcej ja już skończyłam! A tego kotleta nadal nie było z powrotem.
Igor - Po kolejnych pięciu, a dwudziestu od zwrotu pojawiła się kelnerka z dwoma talerzami. Na jednym moje danie, a na drugim tzatzyki jako forma przeprosin. Kelnerka jeszcze przepraszała i żałowała za to co się stało i w sumie do niej żalu nie mam, bo i niby za co, w końcu to nie jej wina.
Asia - Z trwogą spoglądałam na przyniesione danie i byłam ciekawa czy dostało tylko dopieczone, czy zrobione od nowa, na co wskazywał czas oczekiwania. Igor podniósł jednak ser leżący na mięsie i pokazał nacięty przez niego wcześniej koniec kotleta. No cóż... Ważne, że teraz mięso nie było surowe.
Igor - Powinienem się cieszyć, że dostałem nową porcje ryżu i nowy plaster sera. Co jeszcze kucharz w ramach rewanżu dodał od siebie, nawet nie chcę myśleć. Zjadłem wszystko bo po godzinie czekania byłem głodny, ale nie sprawiało mi to już takiej przyjemności. Jednego byłem pewien, na deser namówić się już nie dam. Tym bardziej, że miałem uczucie jakbym połknął kamień.
Asia - Korzystając w wolnej chwili poprosiliśmy o rachunek i upewniliśmy się, że w lokalu można płacić kartą. Gdy dostaliśmy rachunek podeszłam do baru go uregulować, gdzie kelnerka raz jeszcze przeprosiła za zaistniałą sytuację. Tuż przed wyjściem zajrzałam raz jeszcze do menu. Na drugiej stronie wypisane są nagrody i opinie o tym lokalu. Jedna z nich brzmiała, że jest to lokal niedrogi... to pojęcie względne.
Igor - Ja po tym co zjadłem, lokalu raczej polecać nie będę. Jednak na podstawie jednej wpadki chyba nie wypada oceniać jak żywią tam codziennie, jak radzą sobie przy większych imprezach, a także jak gotują inni kucharze (bo zakładam, że trafiliśmy na jednego z kilku).
Asia - Bo lokal najprawdopodobniej świetnie nada się na imprezy rodzinne. Można siedzieć razem, w jednej sali, ale przy różnych stolikach. Spotkania biznesowego tam nie widzę ze względu na siedziska nie do końca komfortowe. Walentynki? Ciężko mówić o intymności na otwartej sali gdzie stolik stoi obok stolika.

Wydatki:
Bifteki scharas me feta; Kotlet z mięsa jagnięco-wieprzowego faszerowany serem feta i ostrą papryczką 24,00 zł

Moussakas; Zapiekanka z bakłażana, ziemniaków i mięsa w delikatnym sosie beszamelowym 22,00 zł

Tyropitakia; Ciasteczko z serem na gorąco 9,50 zł

Herbata 4,00 zł

Wino domowe 8,50 zł

Tzatzyki; Pasta na bazie greckiego jogurtu z zielonym ogórkiem (8,00 zł) gratis

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +3
jedzenie: +4 / -3
czas: +1
wystrój: +3
czystość: +3


Ogólna ocena:

Tawerna Grecka Akropol
www.tawernagrecka.com
Łódź, ul.Traugutta 9
tel. 042-632 04 15


Wyświetl większą mapę

8 sty 2009

Coffeeshop Company - bez odlotu


Igor - Jest zima więc musi być zimno... cholernie zimno. Łażąc po Piotrkowskiej można się zastanawiać, albo nas sensem życia, o tym jakie zakupy jeszcze zrobić, albo najzwyczajniej - co ja tu u licha jeszcze robię gdy tam zimno?! Stwierdziłem więc, że warto gdzieś wejść i się ogrzać.
Głodny nie byłem, więc wszelkie knajpy wykluczyłem z kręgu podejrzanych. Padło na jakąś kawiarenkę. Tych na szczęście na Piotrkowskiej jest dość sporo, a już prawdziwy wysyp mamy w okolicach Grand Hotelu. Powiem tak, od dawna intrygowała mnie nazwa jednej z kawiarni. Czytało się to i owo o Amsterdamie, o tamtejszych Coffee Shopach... postanowiłem więc zawitać do lokalu przy ul. Piotrkowskiej 84. Oczywiście nie spodziewałem się aby sprzedawano tam cokolwiek nielegalnego.
Łódzki Coffeeshop Company, do franczyza wiedeńskiej kawiarni, czy udana nie wiem bo w pierwowzorze nie miałem okazji jeszcze być. Podkreślam, jeszcze! Ale wróćmy do Łodzi, wszak ją testuJemy. Otóż nie da się tego lokalu przegapić, gdyż znajduje się od frontu kamienicy, gdzie krzyczy do wszystkim wielgaśnym napisem z nazwą CC. Po wejściu, od razu trafia się na jedną z dwóch sal. Wzdłuż ściany jest lada, nad nią duże menu. Trochę jak w McDonaldzie czy innym sieciowym fast foodzie. W salkach są trzy rodzaje siedzisk - kanapa zaraz przy wejściu (nie polecam, zwłaszcza przy takiej pogodzie, gdzie każdy nowo wchodzący wpuszcza zimny powiew powietrza), w drugiej sali są stoliczki do posiedzenia we dwoje, a na przeciwko baru są też stołki barowe. Jak ktoś przyjdzie samemu i jedynie potrzebuje gdzieś przycupnąć i mieć mały stoliczek... idealne rozwiązanie - w sam raz dla mnie.
W kawiarni panuje półsamoobcługa - tzn. podchodzi się do lady, zamawia coś z zawieszonego menu, od razu się płaci (i tu podobieństwo do McDonalda się kończy), a później idzie się do własnego stolika - zamówione dania podaje ekspedientka. Jak już wspomniałem zmarzłem, więc chciałem coś ciepłego. Jednak był już wieczór, a ja kawy na noc nie pijam, stwierdziłem że świetnie rozgrzeje mnie jakaś czekolada. Do tego chciałem jakieś ciastko. Podszedłem do kasy i zacząłem wybierać. Aha, taka mała wskazówka - wybierajcie sami a na pomoc ekspedientki nie liczcie. Wybrałem więc białą czekoladę ze śmietaną w rozmiarze średnim (są też mały i duży). Do tego wybrałem torcik... pyszny torcik migdałowo-czekoladowy. Zapłaciłem i poszedłem do stolika.
Czekanie na zamówienie trwało kilka minut. W tym czasie porozglądałem się po wnętrzu. Pierwszą rzeczą jaka przykuła moją uwagę był telewizor. Ale równie szybko moja uwaga została od niego odkuta - ile można oglądać slajdów pokazujących lokale CC w innych miastach? Żeby to choć atrakcyjne było, ale pokaz a'la power point mnie szybko znudził. Coś więcej we wnętrzu? Nic. Ani te stoliczki fajne, ani lampy ciekawe. Ot kawiarnia na zasadzie - wejść i wyjść. Można też polansować się z laptopem na kanapie, która stoi przy ogromnej witrynie - "a niech spacerujący widzą, że nawet podczas przerwy na kawę robię ważne sprawy w laptopie".
Podeszła ekspedientka - postawiła na małym stoliczki dwa talerzyki, fajne niestandardowe o dość oryginalnych kształtach. Na jednym torcik, a na drugim firmowa szklanka z białym napojem w środku, a na wierzchu dużo bitej śmietany udekorowanej karmelem. Do tego dwie stylowe łyżeczki i firmowe serwetki. No i jedno małe coś - wygląda jak zapakowany cukierek. Oczywiście to także firmowe i uwaga - po niemiecku. No ale człowiek języki zna i wie co "schokolierte espresso-bohe" może znaczyć. Niemniej ta czekoladowa fasolka jakoś nie pasowała mi do białej czekolady.
Ale do rzeczy, bo stygnie. Czekolada ciepła, aksamitna i pyszna. Jednak mam nauczkę na przyszły raz - brać małą porcję, bo taka dawka zakleja dokumentnie. Dzieje się tak zwłaszcza, jeśli do czekolady bierze się torcik. Połączenie migdałów i czekolady, plus karmelu nazwano w CC mianem "snikers". Skąd taka nazwa nie wiem, bo z batonem całe szczęście nie ma prawie nic wspólnego. Jest pyszny, słodki, migdałowy i niewiarygodnie dobry.
Popijając i podjadając przeglądałem menu położone na stoliku. Rozbawił mnie tekst małym druczkiem umieszczony na dole karty: "Zastrzegamy sobie prawo do zmian, błędów w druku i pomyłek". Pozostawię to bez komentarza.
Wychodziłem z CC najedzony i zagrzany. Zadowolony może nieco mniej, bo lokal mnie nie zachwycił. Stwierdzam, że standard jest satysfakcjonujący. Nie będę też pisał dla kogo jest ten lokal, bo jeśli ktoś chce tylko napić się kawy lub czekolady, zjeść jakieś dobre ciastko, to będzie zadowolony. Jednak nie polecam nikomu kto ceni jednak od takiego miejsca czegoś więcej - fachowej obsługi, intymnego wnętrza, jakiejś magii.

Wydatki:
Biała czekolada ze śmietaną (średnia) 7,00 zł
Torcik migdałowo-czekoladowy 7,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +1
jedzenie: +5
czas: +5
wystrój: +1
czystość: +4

Ogólna ocena:

Coffeeshop Company
Łódź ul. Piotrkowska 84
tel. 0-606 75 03 81
CoffeeshopCompany.com


Wyświetl większą mapę

9 cze 2008

Rooster - popatrzeć i zjeść


Igor - Dziś była bardzo piękna pogoda. Lato w pełni, ogródki zachęcają do wejścia i posiedzenia. Ja korzystając z pięknej aury, ale także dlatego że trochę zgłodniałem, postanowiłem zjeść coś lekkiego na Piotrkowskiej. W okolicy Saspolu jest pełno różnych ogródków, lecz niestety większość serwuje tylko piwo, albo jedzenie które nie za bardzo mi pasuje. Zatrzymałem się koło Roostera. Nie była to moja pierwsza wizyta w tym lokalu, byłem w nim kiedyś z Asią, innym razem ze znajomymi. Co dziwne, za każdym razem miałem skrajnie inne odczucia co do wizyty. Postanowiłem przetestować tę knajpę dzisiaj, samemu.
Aha i na samym wstępie, pragnę zaznaczyć, że formuła na wpół rozebranych kelnerek kompletnie mnie nie przekonuje. Lubię jeść i lubię popatrzeć na ładne dziewczyny, ale nie wszystko na raz. Tym bardziej, że dziewczyny w Roosterze bardziej są rozebrane niż atrakcyjne...
Usiadłem sobie przy pierwszym wolnym stoliczku. Nie musiałem długo czekać aby podeszła do mnie Pani z obsługi i pierwsze co zrobiła, to położyła mi matę na stoliku. Na macie znowu dziewczyny, ładne i uśmiechnięte. No ale moment, ja przyszedłem jeść czy się gapić? Sięgnąłem po menu, wetknięte w serwetnik i zacząłem wybierać. Do wyboru są zarówno dania mięsne, ryby, pasty, zupy, ale także desery i sałatki. I na jedną z tych ostatnich zdecydowałem się tym razem. Zanim jednak podjąłem decyzję którą, małe zdziwienie wywołały u mnie "dania dziecięce", bo Rooster raczej knajpą na rodzinne obiadki nie jest.
Zdecydowałem się na Sałatkę z tuńczykiem w skład której wchodzą sałata, pomidor, ogórek, papryka, oliwki, tuńczyk, pieczywo. Kelnerka pojawiła się aby przyjąć zamówienie dokładnie wtedy kiedy trzeba, kiedy zamknąłem menu. Grzecznie spytała się czy może przyjąć zamówienie. Spytała się też, czy chciałbym coś do picia poza jedzeniem. Podziękowałem.
Miałem teraz troszkę czasu na zwiedzanie lokalu. Poprzednim razem gdy wszedłem do toalety, wywarła ona na mnie niekorzystne wrażenie, postanowiłem sprawdzić ją i tym razem. Toaleta znajduje się na piętrze, co może stanowić ważną informację dla wielu osób - Rooster mówi "jesteśmy otwarci tylko na pełnosprawnych klientów". Po wejściu do męskiej toalety otrzeźwił mnie zapach amoniaku, taki sam jak poprzednim razem gdy byłem w tej restauracji. Rozumiem, że męska część klientów stanowi większość w Roosterze i toaleta jest często odwiedzana, ale czy nie można zainwestować w jakieś środki aby zniwelować ten smród? No chyba że o to chodzi, aby do toalety wchodzić w ostateczności i na maksymalnie krótki czas.
Zszedłem na dół, do mojego stolika. Mogłem przyjrzeć się wystrojowi. Nie jest to jakiś oryginalny sposób dekoracji knajp dla mężczyzn. Na ścianach tabliczki rejestracyjne amerykańskich aut, motocykle i zdjęcia kelnerek. No i co bardzo ważne w dobie Mistrzostw Europy - kilka telewizorów na których ciągle można oglądać zmagania sportowców. Zaraz po tym jak doszedłem do stolika, pojawiła się kelnerka z zamówionym daniem. Sałatka wyglądała apetycznie. Spory kopczyk, na górze którego wysypanych było wiele kawałków tuńczyka. A tuńczyk smaczny, nie za oleisty ani nie za suchy. Pozostałe elementy sałatki były świeże i chrupiące. Do całości nie mogę mieć najmniejszych zastrzeżeń. Wspomniane pieczywo, to podpieczony kawałek bagietki - ciepły i chrupiący.
Wszystko zjadłem z apetytem i czekałem jak podejdzie kelnerka. Pojawiła się po kilku minutach, grzecznie pytając się czy smakowało i czy chcę zamówić coś jeszcze. Poprosiłem tylko o rachunek, który przyniosła mi po chwili. Ot, zwykły wydruk który położyła mi na stole.
Taka mała ciekawostka, która mnie urzekła. Tuż przy menu, koło serwetek można znaleźć małe karteczki, na których można napisać swoje opinie o lokalu. Bardzo fajna rzecz, zwłaszcza jak spotka nas coś nieciekawego. Właściciele dają przynajmniej znać, że nie są zamknięci na krytykę. Tylko powodów do krytyki mało - tak trzymać!

Wydatki:
Sałatka z tuńczykiem 10,90 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +5
jedzenie: +5
czas: +5
wystrój: +3
czystość: +2

Ogólna ocena:

Restauracja Rooster
Łódź ul. Piotrkowska 90
tel. 0-42 639 76 01
www.rooster.pl/lodz/


Wyświetl większą mapę

1 mar 2008

Hola Amigo - ale Meksyk


Igor - Wizytę w Hola Amigo mieliśmy w planach już od dawna. Impulsem do wizyty okazały się wyniki naszej lutowej sądy, w którym wygrał właśnie ten lokal.
Asia - Zaznaczmy też na początku, że nie była to nasza pierwsza wizyta w tej meksykańsko-amerykańskiej restauracji. Jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie w piątek wieczór można spokojnie usiąść i zjeść.
Igor - No właśnie. Jest to bardzo miłe miejsce, bo oferuje dobre jedzenie, niewygórowane ceny i rzadko kiedy są tu tłumy. No ale przy naszej wizycie, postaraliśmy się odsunąć nasze "uprzedzenia" w kąt. No to do rzeczy...
Asia - W sobotni wieczór, gdy weszliśmy, były zajęte dwa z ośmiu stolików.
Igor - Od niemal samego progu przywitał nas kelner. Spytał się, gdzie chcemy usiąść i podał nam menu, zawczasu zapalając postawioną na stole świecę.
Asia - Menu jest ułożone logicznie i czytelnie, co pozwala rozeznać się w kulinarnej ofercie restauracji. Nie musieliśmy za długo zastanawiać się nad przystawką. Wybór padł na Meksykańskie pierożki czyli chrupiące pierożki z ciasta kukurydzianego nadziewane wołowiną oraz warzywami (150g).
Igor - Nad głównym daniem musieliśmy się troszkę dłużej zastanowić. Tak więc kelner, który wyczuł nasze niezdecydowanie przyszedł i zaproponował zamówienie przystawki już teraz.
Asia - Wiedziałam, że nie mam ochoty na frytki ani kurczaka, dlatego zdecydowałam się na 200. gramowe danie - Nachos con macho czyli meksykańskie chipsy z tortilli polane żółtym serem, smażoną wołowiną, posypane kolorową papryką, fasolą, podawane na ciepło.
Igor - Ja natomiast postawiłem na Tacos con carne czyli dwie tortille kukurydziane nadziewane mieloną wołowiną, podawane z sałatą lodową, pomidorem, cebulą, kukurydzą oraz sosem salsa i kwaśną śmietaną. Gramatura 180 gram (według menu).
Asia - Podczas zamawiania każdej potrawy, kelner pyta się o jej ostrość, podając skalę od 0 do 10. Ja asekuracyjnie wybrałam ostrość na 2.
Igor - Bardzo dobrze, że dają tu możliwość wybrania ostrości odpowiadającej gustom i możliwościom klienta. Lubię ostre rzeczy, ale pozostałem w połowie skali decydując się na 5.
Asia - Istotną informacją jest to, gdzie jest toaleta. Będąc tam pierwszy raz, nieźle się naszukałam. Należy iść do końca, potem w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo. Toaleta tutaj nie należy do nowoczesnych, ale pasuje charakterem do ogólnego wystroju restauracji. To nie jest jakiś luksusowy kibel.
Igor - Ale w przeciwieństwie do innych lokali, są tu dwie toalety dla każdej z płci. Troszkę raził mnie jednak brak ciepłej wody oraz niedziałająca suszarka do rąk.
Asia - Warto poświęcić trochę czasu na obejrzenie wystroju Hola Amigo. Widać, że ktoś poświęcił wiele czasu na skompletowanie wszystkich detali jakie znajdziemy w restauracji.
Igor - Na ścianach są duże malunki, nawiązujące do dzikiego zachodu. Stoją kaktusy, na ścianach wisi duże meksykańskie sombrero, znajdziemy też niejedno ponczo. Jednym słowem, jest co oglądać zanim przyniosą danie.
Asia - Niestety, czekając na dania można też zauważyć, malutkie dziurki w obrusie. Prawdopodobnie powypalane popiołem z papierosów i świec.
Igor - No ale zaraz przyniesiono nam naszą przystawkę. Sześć sztuk pierożków, położonych na dużym okrągłym talerzu, przyozdobionym sporą ilością posiekanej kapusty pekińskiej. Dla ozdoby na krawędziach posypano odrobinę koperku. A na środku talerza, stał pojemniczek z sosem salsa.
Asia - Pierożki, bardzo gorące, chrupiące i pyszne. Choć zdarzył się jeden, w którym były tylko warzywa bez mięsa.
Igor - Ledwo je zjedliśmy, a kelner pojawił się i zabrał wyczyszczone przez nas talerze. Po chwili pojawił się z zamówionymi daniami.
Asia - Moje Nachos con macho wyglądało bardzo apetycznie. Mięso mielone, było otoczone trójkątnymi chipsami z tortilli. Całość, zasmażona z żółtym serem, posypane czerwoną papryką i posypaną dużą ilością posiekanych czarnych oliwek.
Igor - Moje danie wyglądało równie efektownie. Dwie chrupkie tortille, wypełnione mielonym mięsem, kukurydzą i ćwiartkami pomidorów. Dla ozdoby sałata lodowa. No i dwie sosjerki, w których był sos salsa i kwaśna śmietana.
Asia - Ostrość mojego sosu sala (2), oznaczała że czułam przyprawy tylko w momencie przełykania, a w ustach nie pozostawało piekące uczucie.
Igor - Ostrość mojego sosu (5) oznaczała, że po polaniu jedzenia i wzięciu do ust czuło się delikatne pieczenie. Oczywiście ostrość to kwestia gustu i upodobań - dla Asi moje danie było dość ostre, dla mnie troszkę za słabe. Następnym razem jednak wezmę ostrzejsze, tym bardziej że kwaśna śmietana rewelacyjnie łagodzi pieczenie w ustach.
Asia - Chipsy z tortilli, mięso i ser tworzą ciekawą lekko słoną kompozycję smakową. Co więcej, chipsy są na tyle poręczne, że można je jeść ręką.
Igor - Moje jedzenie było pyszne! Tortilla służy bardziej jako ozdobne miejsce do włożenia wszystkich składników dania, niż jako "pomoc" w jedzeniu. Wszystko smaczne, soczyste i pachnące.
Asia - Niestety, ten mały lokal nie posiada klimatyzacji, albo przynajmniej dobrej wentylacji. W kilka chwil po tym jak mężczyzna dwa stoliki obok zapalił papierosa, poczuliśmy smród palonego tytoniu.
Igor - Szkoda, bo nasze dania pysznie pachniały i chcieliśmy się tym cieszyć, a nie wyziewami sąsiada.
Asia - Chwilę później do palącego mężczyzny, dołączył kolejny palacz - kelner (z poprzednich wizyt wiemy, że jest to jednocześnie właściciel Hola Amigo).
Igor - Atmosfera się zagęściła, więc zrezygnowaliśmy z zamawiania deseru i poprosiliśmy o rachunek.
Asia - Dostaliśmy wypisane ręcznie KP. Zapłaciliśmy kartą płatniczą.
Igor - Lokal nam się podoba, jedzenie pyszne, kelner/właściciel bardzo dobry w tym co robi. Wystrój ciekawy, a ceny przystępne. Poza wadami, lokal jest jedna godny polecenia.
Asia - Restauracja dobra jest na wieczór "we dwoje", spotkanie biznesowe, pogaduszki ze znajomymi, a także "profesjonalne wieczory panieńskie" - ale informacja o tym, ponoć dostępna jest tylko dla kobiet.

Wydatki:
Meksykańskie pierożki 8,00 zł
Nachos con macho 16,00 zł
Tacos con carne 16,50 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +4
jedzenie: +5
czas: +5
wystrój: +5
czystość: +2

Ogólna ocena:

Hola Amigo
Łódź ul. 6 Sierpnia 2
tel. 042-630 18 59

Wyświetl większą mapę

9 lut 2008

Brasseria - francuskie ceny


Asia - Dałam się namówić Igorowi na wizytę w francuskiej knajpie, choć żadne z nas raczej wielbicielem ichniejszej kuchni nie jest. Zawitaliśmy do lokalu Brasseria (La Brasserie) w Manufakturze.
Igor - Byłem bardzo ciekaw jak wygląda francuska restauracja w łódzkim wydaniu. Lokal zewnątrz prezentuje się interesująco. Można do niego trafić idąc od strony Pałacu Poznańskiego - jest to narożny lokal, tuz obok napisu "Manufaktura".
Asia - Warto dodać na początku, że Brasseria to lokal (według zapewnień właścicieli), który rano ma być kawiarnią, w ciągu dnia restauracją, a wieczorem klubem. My tam zawitaliśmy w godzinach wieczornych.
Igor - Od wejścia, zaczęliśmy zastanawiać się gdzie usiąść. Lokal jest piętrowy i można albo po schodach wejść na przytulne piętro, albo pozostać na parterze zasiadając przy jednym z kilku stoliczków.
Asia - Wybraliśmy parter i zajęliśmy stolik w rogu, przy wielkim oknie. Osoba siadająca pod ścianą ląduje na kanapach z zielonymi poduchami, a pozostali na krzesłach.
Igor - Po chwili zjawiła się kelnerka. Od razu położyła przed nami po karcie dań. W menu znajdował się też pokaźny wybór alkoholi.
Asia - ... i głównie alkoholi. Gdy przejrzałam menu zastanawiałam się czy nie zmienić lokalu, gdyż wybór dań nie jest imponujący.*
Igor - Za to, jak na francuską restaurację przystało, można było wybierać wśród win. Co prawda wybór nie tak bogaty jak w winiarni, ale można wybrać coś dla siebie. Wina z Francji, hiszpańskie, niemieckie, kalifornijskie, włoskie i bałkańskie.
Asia - Pod spisem dań w karcie można przeczytać, że na życzenie klienta podawana jest karta z gramaturą poszczególnych potraw. Ale gdy zapytałam kelnerkę o wagę wybranego dania, ta zaczęła mi opisywać jak ono wygląda... Już nie prosiłam o dodatkową kartę. Wybrałam danie kierując się jedynie nazwą w karcie i niezbyt dokładnym opisem kelnerki.
Igor - Postanowiłem dobrze zjeść. Miałem ochotę na dużą porcję. Zatrzymałem się przy dwóch daniach - Zapiekanka po ardeńsku (ziemniaki z bekonem i cebulą, zapieczone z serem i ziołami) i karkówce. Ostateczną decyzję chciałem podjąć już po rozmowie z kelnerką, którą chciałem spytać, jakie danie z tych dwóch poleca. Kelnerka na samo słowo zapiekanka, zaczęła wskazywać drugie wskazane przeze mnie danie. Stanęło więc na karkówce.
Asia - Ja zamówiłam kurczaka po prowansalsku (pierś z kurczaka w białym sosie prowansalskim) z ziemniaczkami i "dwoma lub trzeba różyczkami brokułów, w zależności od wielkości" (cytat z kelnerki).
Igor - Do jedzenie zamówiłem hiszpańskie wino "La Vieja Estacion" czerwone, półwytrawne. Kelnerka na to "przykro mi nie ma". Nie chcąc dalej wybierać "czegoś czego nie ma", a jest czerwone i półwytrawne spytałem się jakie wino może mi polecić. Kelnerka poszła do baru i po chwili wróciła oświadczając, że jest tylko wino kalifornijskie. Niestety, nadal nie wiem jakiej marki było to wino, bo nie widniało ono w menu, a kelnerka nie powiedziała co przyniosła.
Asia - Gdy przyjęła zamówienie mieliśmy czas na rozejrzenie się po lokalu. Kolorystyka jest wyjątkowo kojąca, spokojna muzyka i światełka w suficie tworzą ciekawy klimat (ponoć tych "gwiazdek" w suficie jest 1000).
Igor - Tak, czasu mięliśmy sporo. Danie dla Asi zostało przyniesione po około 30 minutach oczekiwania, moje do kolejnych dwóch. Przez ten czas mogłem spokojnie wypić pierwszą lampkę wina, i drugą.
Asia - Spróbowałam troszkę tego wina - smaczne było. Szkoda tylko, że kelnerka proponowała wszystkim stolikom dookoła ten sam kalifornijski trunek - bez względu kto i co zamawiał. Albo nie miała rozeznania co jest, albo wręcz przeciwnie wiedziała, że jest tylko ten gatunek.
Igor - Ja skupiłem się na jedzeniu, byłem wszak bardzo głodny. Moja karkówka, były to dwa kawałki mięsa. Smaczne, o wyrazistym smaku, jednak nic rewelacyjnego. Zamówione do dania ziemniaczki okazały się najsmaczniejszą częścią posiłku. Dodane dla dekoracji trzy blanszowane brokuły, polane gęstym sosem czosnkowym były pyszne, ale ów sos wspominał mi się jeszcze do końca wieczora.
Asia - Moja pierś z kurczaka była delikatnie przyprawiona i miękka; ziemniaczki zaś... mmm... rewelacyjnie przyprawione i opieczone. Zdaję sobie sprawę, że to może głupio brzmieć, ale faktycznie ziemniaczki były smaczniejsze. Warto zaznaczyć, że zarówno moje danie jak i Igora były bez warzyw (pomijając brokuła) - wielbiciele zieleniny powinni zamówić sobie dodatkowo sałatkę.
Igor - Stwierdziliśmy, że mamy ochotę na jakiś pyszny deser. Kiedy kelnerka przyszła zabrać nasze puste talerze poprosiliśmy o ponowne przyniesienie menu.
Asia - Mając do wyboru lody i ciasto - wybrałam szarlotkę na ciepło z lodami i bitą śmietaną.
Igor - Ja zamówiłem porcję ciepłej, słodkiej białej czekolady w szklance. Pyszne! Niebo w gębie.
Asia - Moja szarlotka zaś była... Przepyszna! Na cienkim, kruchym cieście znajdowała się ogromna ilość jabłek w większych i mniejszych kawałkach, cudownie słodkich (całość miało wysokość około 7-8 cm!). Do tego kulka lodów waniliowych, bita śmietana i cynamon. Zdecydowanie polecam!
Igor - Po mile spędzonym czasie poprosiliśmy kelnerkę o rachunek.
Asia - Wizyta w Brasserii do najtańszych nie należy. Większość dań to wydatek 25 - 30 zł + jakieś wino (lampka, karafka 500 ml lub butelka).
Igor - Ogólnie lokal sprawia wrażenie bardzo przytulnego. Jest miejsce na biznesowe spotkanie, ale także na romantyczną kolację. Trochę szkoda, że wiele win zapisanych w menu, nie pokrywa się ze stanem faktycznym restauracji... francuskiej.
Asia - Także kelnerka była w porządku - poza początkowym zgrzytem z gramaturami i brakiem win - przez pozostały czas zachowywała się bardzo profesjonalnie (dania podane z dobrej strony, otwarte wino przy nas). Gdyby zaś ktoś miał ochotę na inne desery, to są one zaprezentowane w przeszklonej obrotowej witrynie - wyglądają apetycznie!

Wydatki:
Kurczak po prowansalsku 30,00 zł*
Karkówka 30,00 zł*
Karafka wina 30,00 zł
Biała czekolada 8,00 zł
Szarlotka na ciepło, z lodami i bitą śmietaną 10,00 zł

* Kilka dni po naszej wizycie, w restauracji zmienione zostało całe menu. Kurczak obecnie kosztuje 27,00 zł, natomiast karkówka w ogóle została wycofana z oferty.

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +4
jedzenie: +3
czas: +2
wystrój: +4
czystość: +5

Ogólna ocena:

Łódź, Rynek Manufaktura
www.smartfoodcorp.com


Wyświetl większą mapę

16 wrz 2007

Marmaris - tym razem baranina była


Asia - Zgodnie z zapowiedzą odwiedziliśmy ponownie Marmaris.
Igor - Zastanawialiśmy się, czy jeśli tym razem ponownie nie będzie baraniny, starczy nam samozaparcia aby przyjść do tego lokalu ponownie.
Asia - Temperatura nie zachęcała do siedzenia w ogródku, więc wybraliśmy miejsca wewnątrz... Wybraliśmy, to za duże słowo - najlepsze stoliki były zajęte, usiedliśmy zatem tuż koło wejścia. Ja miałam „oko” na salę, a Igor na kuchnię.
Igor - Z dziewięciu stolików, trudno wybrać najlepsze, a zajętych były cztery, z czego trzy przez palaczy. Szkoda, że w tej restauracji nie ma zakazu palenia.
Asia - Na stole znajdowało się jedno menu, choć z góry wiedzieliśmy, że przyszliśmy tu po dania, których nie było ostatnim razem, zaczęliśmy je przeglądać.
Igor - Zaraz po tym jak usiedliśmy i rozpoczęliśmy wybieranie dań, podeszła kelnerka aby wręczyć nam drugą kartę dań.
Asia - Bo o ile lokal wydał pieniądze na okładkę z tłoczonej skóry, to chyba zabrakło funduszy na kartki – zwykłe, pomięte czarno-białe wydruki, zapakowane w biurowe koszulki.
Igor - Kelnerka była zaskoczona, że tak szybko dokonaliśmy wyboru, bo jak mówiła Asia – wiedzieliśmy co chcemy zamówić. Dziewczyna na moją chęć złożenia zamówienia zareagowała panicznym „to ja pójdę po karteczkę” (do notowania).
Asia - Zanim Pani zapiała co wybieramy, kontrolnie zapytałam czy aby nasze dania dziś są. Były. Ja poprosiłam więc o pizzę Lachmacun i turecką herbatę.
Igor - Poprzednim razem chciałem zjeść Adana Szisz, ale dopatrzyłem się w menu, że jest to danie mieszane: cielęciny z baraniną. Dziś postawiłem na Kuzu Szisz czyli szaszłyk z kawałków mięsa baraniego. Kelnerka od razu spytała się czy mięso chcę dostać z ryżem czy z frytkami – ponieważ ryż mało kojarzy mi się z Turcją, wybrałem frytki. Do tego wziąłem też herbatkę.
Asia - Oczekując na danie wybrałam się do toalety, mając nadzieję, że jak wrócę, Igor nie powie, że naszych dań jednak nie ma (jak podczas poprzedniej wizyty). Toaleta był czysta, ale niestety trafiłam na moment gdy skończył się ręcznik papierowy.
Igor - Gdy wróciła Asia ja poszedłem do toalety (toaleta jest tylko jedna) umyć ręce. Najwidoczniej Asia skończyła też mydło, bo nie tylko nie miałem w co wytrzeć rąk, ale też nie miałem czym ich umyć.
Asia - Herbata została przyniesiona dopiero jak Igor wrócił. Podano ją w tureckich szklaneczkach, na fikuśnych podstawkach. Herbata jest czarna, dość mocna, z przyjemnym aromatem.
Igor - Popijając herbatę przestudiowaliśmy menu. Ceny potraw są umiarkowane, dodatkowo każde z dań jest dobrze opisane, a niezdecydowanym mogą pomóc zdjęcia wybranych potraw umieszczone nad kuchnią. Lokal, podobny do tych widzianych przez nas w Turcji, wygląd jak turecki bar mimo, że jest w nim obsługa i czas oczekiwania jest dość długi.
Asia - Mając dobry widok na salę przypatrywałam się dwóm Niemcom, którzy odwiedzili Marmaris. Kelnerka nie miała większych problemów aby się z nimi porozumieć i cierpliwie pomagała w wyborze potraw.
Igor - Po piętnastu minutach od zamówienia stanął przede mną talerz w ¾ zapełniony sałatką (czerwona kapusta, słodka cebula, sałata pekińska) do tego trochę frytek oraz na trzech patyczkach dziewięć kawałków mięsa. Baranina i frytki polane były sosem czosnkowym, o który poprosiłem (jeden z trzech do wyboru) podczas zamawiania.
Asia - Niestety, mojego dania nie przyniesiono w tym samym czasie. Postanowiłam wykorzystać ten moment na zanotowanie w notesie kilku pomysłów do pracy.
Igor - Wróćmy do mojego mięsa... Pyszne, soczyste, dobrze doprawione, dopieczone. Sos – o wyraźnym czosnkowym smaku, nie za ostry. Frytki – pierwsza klasa, wysmażone, ale nie przypalone. No i surówka z naprawdę świeżych warzyw.
Asia - Po dłuższej chwili kelnerka przyniosła dla mnie ”dodatek do pizzy”, to znaczy talerzyk z surówkami (czerwona kapusta, słodka cebula, sałata, pomidor i pietruszka) – podobnie jak Igor uważam, że była pyszna i chrupiąca. Wydało mi się to jednak cokolwiek dziwne, że do pizzy za 6 zł restauracja serwuje surówkę – zaczęłam podejrzewać, że pizza ma wielkość podstawka pod filiżankę.
Igor - W temacie surówek, warto dodać, że w Marmaris sałatka z serem feta i oliwkami zwana popularnie „grecką”, nazywana jest sałatką turecką. Chyba nie lubią Greków ;-)
Asia - Zanim zjadłam cały dodatek do pizzy, na stole przede mną pojawiła się Lachmacun – duża pizza na bardzo cienkim (przypominającym macę) cieście z mięsem mielonym, przecierem z pomidorów i prawdopodobnie sporą porcją chilli, bo co kilka kęsów musiałam całość przegryzać surówką lub popijać herbatą. Jak na danie za 6 zł była to duża ilość jedzenia.
Igor - Zrobiło się już późno. Zaraz po tym jak skończyliśmy jeść poprosiłem o rachunek. Pamiętałem aby wziąć gotówkę, bo w Marmaris nie można płacić kartą. Zapłaciliśmy w sumie 24 zł, co jak za posiłek dla dwóch osób nie jest dużo. Dopiero w domu zorientowaliśmy się, że nie podliczono nam do rachunku herbaty.
Asia - ... może to przez ten mój notesik? ;-)

Wydatki:
pizza Lachmacun - 6 zł
Kuzu Szisz – 18 zł
2 x herbata turecka – 0 zł (w menu kosztuje po 2 zł)

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +3
jedzenie: +5
czas: 3
wystrój: -1
czystość: +4

Ogólna ocena:

Manufaktura rynek
Łódź ul.Karskiego 5

Wyświetl większą mapę

19 lip 2007

Marmaris - barani wzork kelnerki


Igor - Jak już wspominaliśmy, wczoraj dotarliśmy do Whispresa „po długich poszukiwaniach”
Asia - Wcześniej zrobiliśmy bowiem, podejście do Marmaris
Igor - Jest to ponoć turecka knajpa, z ponoć tureckim jedzeniem, prowadzona przez Kurdów. Udało nam się ustalić tylko tą ostatnią rzecz.
Asia - Lady w środku, na którym wystawiane są potrawy, wyglądają profesjonalnie. Tzn autentycznie - przypominają te, które widzieliśmy podczas wycieczek do Turcji.
Igor - Zanim zdecydowaliśmy się zająć miejsce, coś mnie podkusiło aby spytać się kelnerki, czy można tam płacić kartą. Blondyneczka, zrobiła wielkie oczy, otworzyła usta jak ryba, pomyślała kilka sekund i stwierdziła że nie. No to mieliśmy dodatkowy spacerek do bankomatu po gotówkę.
Asia - Kiedy, wróciliśmy kolejna kelnerka podeszła do nas i podała nam karty.
Igor - Karty dań, bo menu tego bym nie nazwał - nieco sfatygowane jak na nową knajpę. Kartki w środku umieszczone w foliowych koszulkach, niektóre pozaginane aby tylko się zmieściły.
Asia - Wybór jest dość średni. Kilka dań z grilla, jakieś pizze, herbaty i desery.
Igor - i zupełny brak alkoholu, nawet tego lekkiego. A szkoda, bo może napilibyśmy się tureckiego wina.
Asia - Swoją drogą to dość dziwne, że brak jest nawet piwa. Stoliki stojące na zewnątrz, należą do jednego z browarów. No chyba, że kelnerka zapomniała nam podać tego sekretnego menu.
Igor - Albo wyglądamy na niepełnoletnich ;-)
Asia - Zaczęliśmy wybierać. Przyszliśmy z mocnym apetytem na baraninę.
Igor - To jedno z niewielu miejsc w Łodzi, gdzie serwuje się to mięso. Szkoda że tak rzadko, bo smak jest nieporównywalny do żadnego innego, z tradycyjnie podawanych w Polsce.
Asia - Pośród znajomych tureckich nazw, znalazłam dla siebie turecką pizzę Lahmacun. Charakteryzuje się ona tym, że wygląda jak duży pieróg. Zrobiona z dużo cieńszego ciasta, od tej włoskiej. Na wierzchu wysypana jest podpiekanym mielonym mięsem baranim.
Igor - Ja natomiast zamówiłem Adana Szisz – opiekane na grillu kawałki baraniny. Do tego, frytki i surówki.
Asia - Ponieważ pizza kosztowała niecałe 10 zł, zapytałam się kelnerki o wielkość placka. Gdyby okazał się za mały, domówiłabym od razu jakąś przystawkę lub deser. Kelnerka przyznała się, że jest w pracy pierwszy dzień, więc poszła do kuchni spytać się o wielkość dania. Kiedy doszła do miejsca gdzie przygotowywane są posiłki, pokazała mi przez cała salę i pół ogródka, mały talerz na którym podawana jest pizza.
Igor - Ja ten czas spożytkowałem na przeglądaniu menu i zastanawianiu się, czym by naszą uczte uzupełnić.
Asia - Kelnerka po chwili wróciła, zapisała nasze dwa dania i spytała się czy chcemy coś do picia. Ja zamówiłam herbatę turecką (nawet nie wiem o jakim smaku)...
Igor - ... a ja już nic nie zamówiłem, bo gdy podniosłem głowę, kelnerki już nie było. Starałem sobie to wytłumaczyć, że pewnie na nasze dania trzeba długo czekać więc kelnerka pobiegła już je zamówić. No ale miałem nadzieję, że wróci, aby usłyszeć co ja chciałbym się napić.
Asia - Poszłam do toalety. Trudno tam nie jest trafić, bo drzwi zdobi ogromny napis „toaleta”. W środku czysto i nic więcej o tym miejscu nie da się powiedzieć. Zwykła restauracyjna toaleta.
Igor - W tym czasie kelnerka wróciła, no i się zaczęło. Wróciła nie po to aby dopytać się, czy chciałbym się czegoś napić. Ona z góry założyła, że ja też zamówiłem herbatę turecką. Przyniosła dwie, stylizowane szklaneczki wypełnione napojem, takie same jakie widzieliśmy w Turcji. W czasie gdy stawiała „moją” herbatę, uprzedziła moje zdziwienie, od razu informując mnie że: baranina właśnie się skończyła i nie ma też mięsa na pizzę. Po czym z dziecięcą naiwnością i baranimi oczami stwierdziła, że „herbaty mogę zabrać jeśli Państwo nie chcą”. W tym momencie wróciła Asia.
Asia - Nie za bardzo wiedziałam, co się dzieje. Igor, powtórzył za kelnerką, że nie można podać nam dań, a kelnerka jeszcze raz dodała, że herbatę może zabrać.
Igor - I chyba to, że kelnerka nawet nie próbowała nas zatrzymać - jakbyśmy tylko jej przeszkadzali w oczekiwaniu na koniec zmiany, sprawiło że postanowiłem wyjść.
Asia - To była nasza najdziwniejsza i najbardziej kuriozalna wizyta w jakimkolwiek lokalu. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby obu naszych dań nie było, a kelnerka nie zaproponowała nic w zamian.
Igor - Ale to nie jest nasza ostatnia wizyta w tym barze. My tu jeszcze wrócimy, bo mamy apetyt na baraninę. Oby tylko tym razem wszystko było w porządku, bo w przeciwnym razie jestem pewien że nie będzie trzeciego ranu.

Wydatki:
0 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: -4,5
jedzenie: ?
czas: 0
wystrój: -1
czystość: +4

Ocena ogólna:

Manufaktura rynek
Łódź ul.Karskiego 5

Wyświetl większą mapę

18 lip 2007

Whispers - pozytywnie najedzeni

Asia - W wakacyjną środę po długich poszukiwaniach (ale o tym kiedy indziej) zatrzymaliśmy się w ogródku Whispersa (grecko-cypryjska knajpa w Manufakturze).
Igor - To nie była nasza pierwsza wizyta.
Asia - Fakt, dzięki temu spokojnie możemy porównać to co było poprzednim razem z tym co teraz zastaliśmy.
Igor - Korzystając ze sprzyjającej aury, wybraliśmy sobie jeden ze stolików w ogródku. Nie musieliśmy długo czekać na kelnera, który pojawił się po kilku sekundach. Grzecznie nas przywitał i podał nam menu.
Asia - Z góry wiedzieliśmy, że nie poprzestaniemy na jednym daniu, bo oboje byliśmy bardzo głodni.
Igor - Wcześniej ustaliliśmy też, że mamy ochotę na mięso. Wybraliśmy najpierw przystawki. Ostatnio zasmakował mi ziemniak z tzatzikami, więc i tym razem postanowiłem go zamówić. Jest to tradycyjny ziemniak w mundurku (przekrojony na pół), podany na gorąco, polany sosem tzatziki.
Asia - Z powodu tzatzyków Igora, postanowiłam również wybrać coś czosnkowego ;-) a mianowicie pieczywo czosnkowe - ku mej radości przyprawione prawdziwym, wyciskanym ząbkiem czosnku.
Igor - Zanim zdążyliśmy wybrać danie główne pojawił się kelner. Bardziej lubię taką postawę obsługi, świadczy ona o zainteresowaniu się klientem.
Asia - Nauczeni doświadczeniem, postanowiliśmy zapytać "czy jest coś czego nie ma", gdyż nieraz informowano nas po przyjęciu zamówienia, że tego co wybraliśmy zabrakło.
Igor - Jako danie główne wybieraliśmy wśród mięs. Asia zamówiła wieprzowinę z ziemniaczkami i bukietem świeżych warzyw, a ja wołowinę z frytkami i gotowanymi warzywami. Do picia herbatę i sok jabłkowy. Napoje kelner przyniósł nam zaraz po złożeniu zamówienia. Nie wiedzieć tylko czemu, szklanka mojego soku jabłkowego przyozdobiona została ogromną ćwiartką pomarańczy. Ani to ładnie nie wyglądało, ani nie komponowało się smakowo.
Asia - Podczas składania zamówienia zapytałam o markę serwowanej herbaty i kawy. Miło zaskoczona byłam odpowiedzią, bo obsługa wiedziała o co pytam. Jest to zdecydowany plus, gdzieniegdzie bowiem na pytanie o rodzaj kawy można usłyszeć: "z ekspresu", a herbaty: "czarna". Czekając na jedzenie liczyliśmy, że kelner będzie wiedział czym jest "przystawka", gdyż podczas poprzedniej wizyty, zarówno danie główne jak i przystawkę dostaliśmy w tym samym momencie. Zdążyliśmy to powiedzieć, a z restauracji wyszedł kelner niosąc ziemniaczka i pieczywo.
Igor - Obie przystawki ładnie podane na dużych, kwadratowych talerzach. Taką przystawkę - ziemniaczka z tzatzikami, zamawiałem w tej knajpie już po raz trzeci, więc miałem do czego porównać. Tak jak za pierwszym razem, dostałem jedną połówkę ogromnego kartofla, to już za drugim były to dwie połówki mniejszego warzywa. Teraz dostałem cztery połówki, przeciętnej wielkości ziemniaczków. Niemniej smak był tak samo dobry.
Asia - Pieczywo czosnkowe to 2 kromki chleba tostowego, lekko podpieczone z prawdziwym czosnkiem (a nie z solą czosnkową czy granulkami, jak to bywa w innych lokalach). Do dekoracji był listek sałaty karbowanej. Ładne, smaczne i ciepłe.
Igor - Przystawki były bardzo smaczne, więc zjedliśmy wszystko niemal wylizując talerze ;-)
Kelner pojawił się dokładnie w tym momencie, w którym powinien - zaraz gdy odłożyliśmy sztućce. Kilka łyków napojów i znów pojawił się nasz sympatyczny kelner, trzymający w rękach talerze z naszym jedzonkiem.
Asia - Z uśmiechem postawił przed nami talerze i przyznał się, że zapomniał sztućców. Swoje niedopatrzenie naprawił dosłownie w kilka sekund. Przede mną leżały dwie sztuki sporego mięsa, ogromna ilość ziemniaczków oraz warzywa suto polane sosem winegret. Ale moje mięso nie smakowało jak wieprzowina...
Igor - ... a moje nie jak wołowina.
Asia - Doszliśmy do wniosku, że kucharz pomylił mięsa, więc gdy nikt nie patrzył zrobiliśmy szybką zamianę ;-) Teraz miałam już na talerzu wieprzowinę: soczystą, kruchą, jednak słabo przyprawioną (za krótko się marynowała?) i nie dość gorącą. Ilość sosu winegret, w którym kąpały się świeże warzywa dla mnie była ok, ale podejrzewam, że Igor kręciłby nosem.
Igor - Pierwsze wrażenie kiedy kelner postawił przede mną talerz - oj skromniutko. Na dużym talerzu, dostałem dwa kawałeczki mięsa (podmiana nic tu nowego nie wniosła), kilka średnich marchewek i brokułków, oraz porcję frytek. Mięso było podobnie jak u Asi, za krótko marynowane, ale co gorsza było tylko letnie. Frytki i warzywa były za to ciepłe i takie jakie powinny być - warzywa nie rozgotowane, a frytki nie ociekające tłuszczem, za to chrupiące i miękkie w środku.
Asia - Nie było już miejsca na deser.
Igor - Nie było. Sam byłem zaskoczony, jak danie które na pierwszy rzut oka wydawało się małe, może nasycić.
Asia - Całościowo wizyta była dobra, ale wpadka kucharza z mięsem spowodowała, że napiwek chcieliśmy zostawić tylko dla kelnera.
Igor - Dlatego też, gdy przyszedł nasz kelner spytałem jak dzieli się napiwkiem. „Kucharze mają inną stawkę, dlatego cały napiwek jest dla nas” odparł. Spytał się tylko czy będziemy płacić gotówką, czy może kartą. Szkoda to przyznać, ale możliwość zapłacenia kartą, jest jeszcze w wielu łódzkich lokalach szczytem luksusu.
Asia - Na sam koniec można dodać, że stolik przy którym siedzieliśmy, warto by było nieco dokręcić. Kołysał się zarówno w pionie jak i w poziomie.
Igor - Tak, ten stolik był dość osobliwy. Podobnie solniczka i pieprzniczka - dwie miseczki podane na talerzu, do których dodana była jedna łyżeczka.

Wydatki:
herbata - 4 zł
podwójny sok jabłkowy - 10 zł
pieczywo czosnkowe - 4 zł
ziemniak z tzatzikami - 8 zł
wieprzowina z warzywami - 23 zł
filet wołowy - 32 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa - +4
jedzenie - +3
czas - +4
wystrój - +3
czystość - +3


Ogólna ocena:


Manufaktura rynek
Łódź ul.Karskiego 5
tel. 042-632 41 29

Wyświetl większą mapę

PokazuJemy czytelników strony