Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ****. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ****. Pokaż wszystkie posty

18 lut 2010

Chłopska izba - turystyczna wiocha


Asia - Jest połowa lutego. Z ankiety wynika, że powinniśmy odwiedzić Satynę, ale nie tym razem.
Igor - Krążyliśmy trochę po Piotrkowskiej i w okolicach hotelu Grand stwierdziliśmy, że zjemy coś "na mieście".
Asia - Mimowolnie spojrzeliśmy na drugą stronę ulicy i mieszczącą się w narożnej kamienicy "Chłopską Izbę"...
Igor - Często przechodziliśmy obok tej karczmy/restauracji, ale jakoś nigdy nie mieliśmy ochoty aby tam zajrzeć.
Asia - A dziś powiedzieliśmy sobie - dlaczego nie. I weszliśmy.
Igor - Od wejścia widać, że poświęcono wiele czasu i prawdopodobnie też pieniędzy na przerobienie tego lokalu na chłopską izbę. Drewniane ławy (stoły) i drewniane ławy (do siedzenia), skóry na tych drugich, nieregularne ściany, suszone zioła pod sufitem, snopek siana w rogu... i do tego wszystkiego Zakopower z głośników.
Asia - Zanim zdążyliśmy się rozejrzeć, stojąc na środku, sali podszedł do nas kelner, przywitał i zachęcił do zajęcia miejsc.
Igor - Wybraliśmy jeden z 10 stołów, powiesiliśmy płaszcze na kołkach - tak na kołkach, a nie na wieszakach. Pod tym względem Chłopska Izba jest dopracowana w najmniejszym detalu.
Asia - Usiedliśmy i przyszedł kelner z kartami dań. Dużymi, obitymi materiałem, z ręcznie malowanymi kwiatami na okładce, spiętymi wstążkami.
Igor - Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to napis, że przy większych grupach, do rachunku doliczana jest automatycznie opłata za serwis.
Asia - Dalej było już przyjemniej: poczekadełko - chleb ze smalcem, przystawki np. placki ziemniaczane z łososiem lub zapiekany camembert z żurawiną. Jak na moje oko i żołądek spore dania.
Igor - Są też zupy (np. barszcz, żurek), jest decha górala (deska serów), dania na ciepło (np. golonko żniwiarza), dania z bydła rogatego, ryby z wiejskiego stawu, dania z chłopskiego młyna, jest też zielenina, napoje, piwo i wina i "możliwość zadeserowania tyż jest" (wypieki Jagusi albo puchar lodowy).
Asia - Mnie w tym wszystkim rzucił się w oczy "kurczakowy cycek z owczym serem zapieczony"
Igor - A ja usilnie próbowałem wybrać coś z "bydła rogatego".
Asia - Igor tak długo się zastanawiał, że kelner zastał go jeszcze niezdecydowanego.
Igor - A Asię kelner przyłapał na kaszance z gruzami i kapustą.
Asia - Nie omieszkałam zapytać go co to jest. I okazało się, że to ubite ziemniaki. Do zjedzenia poprosiłam jednak tego kurczakowego cycka. Kelner od razu dopytał się o dodatki. Nie zastanawiałam się nad nimi, ale wspólnie ustaliliśmy, że najlepsze będą opiekane ziemniaczki i gotowane warzywa.
Igor - Asia dopytała jakie to będą warzywa i czy na pewno dobre... kelner wyjaśnił, że to marchewka, brokuły itp, i że warzywa są dobre, bo "teraz jakieś lepsiejsze mamy".
Asia - Gdy zaś Igor przyznał, że jeszcze nie wie - kelner od razu wyrecytował zestaw z jadłem drwala i buraczkami.
Igor - Ja jednak nadal obstawałem przy bydle rogatym. Kelner stwierdził, że w takim razie tylko sznycel z jajkiem sadzonym, do tego frytki i "kapuchę zasmażaną". Skoro kelner poleca nie wpada się nie zgodzić aby to przetestować.
Asia - Kelner odszedł, a my mieliśmy chwilę aby uważniej porozglądać się po Chłopskiej Izbie. Na ścianie za nami były wymalowane kwiaty.
Igor - Dosłownie chwilę, bo zaraz wrócił kelner z dwoma pajdami wiejskiego chleba i miseczką smalcu. Trzeba przyznać, że smaczne było to poczekadełko.
Asia - Wracając do wystroju - gdzieniegdzie wisiały tkane makatki, na półkach pod sufitem stały miski, kierzanka (takie coś drewniane do ubijania masła), grzejniki były zasłonięte płotkiem z drewnianych kołków.
Igor - Rozglądałem się po tej restauracji szukając jakiegoś przejścia do innej sali, ale nic takiego tam nie ma. Cały lokal składa się z kilkunastu stołów. Więcej niż 40 osób nie wejdzie (przy założeniu, że na imprezie zostawiamy kawałek podłogi na parkiet). Na pierwszej stronie menu jest nawet zachęta i informacja, że w lokalu można zorganizować bankiety komunie i spotkania biznesowe.
Asia - Nasze dywagacje przerwał nam kelner - inny niż poprzednio - który przyniósł nam nasze dania. Najpierw ja dostałam swojego cycka, a potem Igor sznycla.
Igor - Duże, owalne talerze, apatyczny wygląd jadła, miły zapach - danie zapowiadało się ciekawie.
Asia - U mnie też ładnie, kolorowo... tylko pierwsze co mi się rzuciło w oczy to minimalna ilość ziemniaczków (8 szt. za 4 zł), ale warzywa jak najbardziej poprawne i ilościowo, i smakowo. No i mięso. Mmmm... niebo w gębie. Zdecydowanie to najmocniejszy punkt mojego dania. Soczysta pierś z kurczaka, przyjemnie roztopiony wędzony ser, ciekawa kombinacja przypraw. Bardzo dobre.
Igor - Ja zacząłem od frytek, długich, cienkich, średnich w smaku, początkowo chrupiących... ale z biegiem czasu zaczęły namiękać sokiem wypływającym z kapusty. Bardzo kwaśnej kapusty. Jedno do drugiego pasowało nijak. Chyba lepiej gdybym dostał zwykłe ziemniaki albo kopytka. Ale gdy doszedłem do mięsa - nie miałem uwag. Było dobrze wysmażone, miało smaczną, chrupiącą panierkę, a sadzone jajko dopełniało smaku.
Asia - Mimo iż początkowo wydawało się, że danie nie jest największe - bez problemu się najadłam. Głównie naprawdę smacznym mięsem.
Igor - W pewnym momencie poczuliśmy się nieswojo. W lokalu zapała cisza... długa cisza. Gdy ponownie udało się uruchomić muzykę stwierdziliśmy że czas wyjść - zaczęły powtarzać się piosenki, które słyszeliśmy wchodząc.
Asia - Ja jeszcze udałam się do łazienki... chociaż w pierwszej chwili zwątpiłam gdzie ona jest. Okazało się, że należy przejść obok baru i skręcić w lewo. Są tam dwa pomieszczenia do jednej wchodzą "baby" a do drugiej "chłopy".
Igor - Siedzieliśmy chwilę w oczekiwaniu na kelnera, ale ponieważ akurat żaden z nich nie przechadzał się po sali podszedłem sam do baru poprosić o rachunek i zapytałem czy można płacić kartą. Na szczęście tak. Wystarczyło podejść do kasy. I wtedy miałem okazję zobaczyć jak wydawane są dania z kuchni... przez okienko w wiejskim kredensie! Chłopska izba na całego! W każdym detalu.
Asia - Wychodząc zobaczyliśmy obcokrajowców przy jednym ze stolików.
Igor - Fakt - lokal ma lokalizację wyjątkowo turystyczną - w pobliżu są dwa duże hotele. I zapewne dla gości z zagranicy kuchnia polska w stylowej chłopskiej izbie jest czymś ciekawym. Samym łodzianom nie do końca musi to odpowiadać, zwłaszcza zewnętrzne okiennice nijak nie pasujące do reszty ulicy Piotrkowskiej.
Asia - My jednak musimy docenić smak mięs i pracę włożoną w dostosowanie wystroju wewnątrz do charakteru restauracji.
Igor - I jeszcze słowo o cenach. W menu podane są osobno mięsa, zielenina i dodatki i ceny też są osobne, co razem może dać dość wysoką kwotę.
Asia - Dla kogo to lokal? Dla turystów na pewno.
Igor - Dla kogo jeszcze? Nie wiem. Ja tego klimatu nie czuję.
Asia - Na spotkania biznesowe? Hmmmm na dość niewygodnych ławach?
Wydatki:
Filet z kurczaka z owczym serem 20,50 zł
Pieczone ziemniaki 4,00 zł
Warzywa na parze 5,00 zł
Sznycel z jajkiem sadzonym 24,50 zł
Frytki 5,00 zł
Kapusta zasmażana 5,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +4
jedzenie: +4
czas: +5
wystrój: +4
czystość: +5


Ogólna ocena:

Chłopska Izba
ul. Piotrkowska 54
tel: 42 630 80 87

Wyświetl większą mapę

15 sty 2010

Greenway - po drodze

Asia – Początek nowego roku, powrót do rzeczywistości... Niestety, okazało się, że nie wróciłam tak całkiem – zapomniałam wziąć ze sobą jakiegokolwiek jedzenia z domu. Będąc na Piotrkowskiej zajrzałam do Green Way przy pasażu Rubinsteina. Nie była to moja pierwsza wizyta tam, dlatego wiedziałam co i jak i gdzie. Ale dopiero po powrocie do domu zorientowałam się, że żadna z wcześniejszych wizyt nie została spisana na TestuJemy. Naprawiam więc to niedopatrzenie.

Weszłam do Green Way w porze obiadowej. Sala była zapełniona mniej więcej w połowie, a przy kasie stało kilka kolejnych osób. Stanęłam więc za nimi, wzięłam kartę i postanowiłam zjeść kotlety warzywno-ziemniaczane. Gdy przyszła moja kolej okazało się, że rzeczonych kotletów nie ma. Pani w koszulce firmowej Green Way zaproponowała mi samosy. Poprosiłam jednak o coś innego... Chwila zastanowienia i pani za baru podsunęła pomysł na pulpety greckie z surówką i sosem. Ponieważ było zimno na zewnątrz i słońca jakoś tak mało, wymieniłam surówkę na marchewkę.
Za całość zapłaciłam 9 zł.

Znalazłam sobie mały stolik, położyłam wszystkie zbędne rzeczy i czekałam na informację za baru, że danie jest już gotowe. Bo Green Way to raczej bar niż ekskluzywna restauracja. Danie zamawiamy sami przy barze, sami po nie idziemy i sami odnosimy do „okienka”. Sami też powinniśmy zadbać aby zostawić po sobie czysty stolik.
Nie musiałam czekać na słowa „pulpety greckie” - na szczęście jest to mówione na tyle głośno, że można usłyszeć nawet z końca sali i jednocześnie tonem który mówi „Twoje jedzenie jest gotowe, smacznego”, a nie jak czasem w innych lokalach: „Żarcie! Zabierać!”. Wzięłam więc talerz i sztućce (stoją w koszyczkach koło baru) i usiadłam.
Marchewka to był dobry wybór! Dostałam pół talerza świeżej, startej marchewki! Ogromna dawka witaminy D. Do tego na talerzu miałam dwa pulpety... okrągłe, miękkie, bardzo puszyste i jeszcze parujące. Całość polana była białym sosem. Zjadłam wszystko z apetytem. Za 9 zł dostałam dużą porcję obiadową, smaczną i wyjątkowo energetyczną.
Gdy skończyłam rozejrzałam się po pozostałych gościach Green Way. Było i małżeństwo po 40., i dwie młode dziewczyny na plotach, i pani po 50., i dwóch panów w garniturach i z teczkami, i kobieta około 30-letnia... Słowem – nie jestem w stanie określić kto jest „typowym” bywalcem Green Way. Na pewno są to ci, którzy zamiast shoarmy i frytek, chcą zjeść coś lepszego. Na menu możemy bowiem znaleźć napis „Green Way – przystanek zdrowia” oraz „bez ulepszaczy smakowych”. Dla tych którzy lubią zjeść smacznie i zdrowo istotną może być informacja, że można sobie zamówić świeżo wyciskane soki, a do zestawów śniadaniowych w cenie jest jabłko na wynos.

Jak mogę podsumować lokal? Dobre jedzenie, szybka obsługa. Troszkę brakuje mi „ogarnięcia sali” przez pracowników (nie każdy stosuje się do odnoszenia naczyń, stoliki czasem wymagają przetarcia mokrą ścierką). Daję mocną 4.

Wydatki:
Pulpety greckie z surówką 9,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +4
jedzenie: +5
czas: +5
wystrój: +4
czystość: +4


Ogólna ocena:


Green Way Łódź, ul. Piotrkowska 80 tel. 042 632 08 52 www.greenway.pl

7 gru 2009

Buddha - kolejny hindus


Asia - Wiemy, że czytelnicy bloga niecierpliwią się, że mamy zaległości. Ale przedświąteczny czas nie pozwolił nam na przelanie naszych obserwacji na "papier".
Igor - Jednak zgodnie z wynikiem ankiety, w grudniu (na początku) poszliśmy do restauracji Buddha przy ul. Zachodniej 87.
Asia - Chyba lepiej jeśli podamy lokalizację względem skrzyżowania. Buddha jest tuż przy Próchnika, po tej stronie co dawny kinie Capitol. Dotrzeć do tej restauracji można na kilka sposobów – tramwajem (przystanek jest tuż obok), samochodem (ale z parkowaniem na ul. Zachodniej różnie bywa), lub spacerem (z Piotrkowskiej jest całkiem niedaleko).
Igor - Weszliśmy do lokalu, w którym zajęty był jeden stolik. Mogliśmy dzięki temu wybrać do woli. Cała restauracja składa się jakby z dwóch sal – jednej bardziej barowej, tuż przy barze, oraz drugiej z przytulnymi krzesłami. Pierwszą salę widać już od wejścia, druga zaś oddzielona jest ścianą i znajduje się w niej bar oraz kilka stolików. Ale i tak ustawienie stolików bardziej przypomina jakąś stołówkę, a nie lepszą restaurację. W sumie naliczyliśmy około 14 stolików.
Asia - Wybraliśmy stolik w pierwszej (zdecydowanie większej) sali. Usiedliśmy na wygodnych krzesłach, a ubrania powiesiliśmy na trzecim dostawionym krzesełku. Na kelnerkę nie musieliśmy długo czekać...
Igor - ... i dobrze, bo był to dzień w którym dość nam się spieszyło. Liczyliśmy na dobry posiłek, ale bez konieczności czekania około 30 minut.
Asia - Tak, wiemy, że zaraz odezwą się obrońcy prawdziwych restauracji i stwierdzą, że jak szybko chcieliśmy zjeść, to trzeba było do fast-foodu iść. Ale my mieliśmy mało czasu.
Igor - Nazwijmy naszą wizytę "szybkim lunchem".
Asia - Przejrzeliśmy pobieżnie menu i gdy tylko wróciła kelnerka przyznaliśmy, że mamy nie za dużo czasu i poprosiliśmy o pomoc w wyborze dań, na które nie będziemy musieli długo czekać. Gdyby okazało się, że to co wybrałam jest małym daniem, to upatrzyłam sobie warzywa gotowane w sosie z orzechami nerkowca.
Igor - Miła dziewczyna ukierunkowała nas na dania główne, twierdząc, że na nie będziemy czekać około 10 minut. Zdziwiło mnie to, co powiedziała kelnerka.
Asia - I jak jeszcze przy warzywach można to zrozumieć, tak czas przygotowania takiej jagnięciny powinien trwać nieco dłużej. Przy czym na przekąski każą czekać już do pół godziny.
Igor - Wybraliśmy zatem Mutton rogani amritsari, to znaczy... jagnięcinę w ostrym sosie curry.
Asia - i Aloo adraki gobi, czyli mieszankę kalafiora i ziemniaków w sosie imbirowym.
Igor - Gdy kelnerka poszła przekazać nasz wybór do kuchni, my wczytaliśmy się w menu. Karta dań wyglądała bardzo schludnie. Porządnie wykonana obwoluta, a strony były dobrym uzupełnieniem okładki. Wewnątrz była też adnotacja, że do grup „powyżej 4 osób” doliczany jest koszt za tzw. serwis. I oboje zwróciliśmy uwagę, że menu jest bardziej angielskie niż polskie.
Asia - Najpierw jest indyjska nazwa dania, potem wyjaśnienie co to jest. Najpierw po angielsku, a potem po polsku. Wszystko jest tej samej wielkości... Żeby zrozumieć co to jest np. "Dhaabe ka swaad" musimy przebrnąć najpierw przez dwie linijki opisu "in english".
Igor - Taki układ menu wymaga skupienia. Dodatkowo zauważyłem, że w każdej kategorii dań najpierw są dania wegetariańskie, a dopiero potem wegetariańskie. Trochę dziwne, ale rozumiem że właścicielom bardziej zależy na wegetarianach niż na niewegetarianach.
Asia - Restauracja Budda jest tą z rodzaju sieciówek. Jeśli komuś zasmakuje smak serwowanych tutaj dań, może ich jeszcze skosztować w Warszawie i Katowicach.
Igor - Chyba ta standaryzacja wymusiła, aby na ścianie wisiały telewizory z wyświetlanymi teledyskami rodem z Indii.
Asia - Po kilku minutach przyszła kelnerka i poukładała ładnie zapakowane sztućce, a przed nami postawiła średniej wielkości kwadratowe talerze.
Igor - Minęło więcej niż obiecane 10 minut, kiedy kelnerka przyszła z naszymi daniami. Otrzymałem dwie miseczki, jedna z mięsem a drugą z ryżem.
Asia - Ja natomiast otrzymałam w jednej misce ziemniaki i kalafior zanurzone w sosie, a obok otrzymałam talerzyk z „plackami”. Sos, był gęsty i puszysty z widoczną ilością migdałów pokrojonych w płatki. W smaku lekko ostrawy, nieco podobny do gulaszu.
Igor - Moje osiem kawałków mięsa, było także w sosie. Gęstym, nieco ciemnawym, w smaku wyczuwalny był aromat warzyw. Jagnięcina jednak była nieco twardawa, ale w smaku bez zarzutów, lekko ostra. Ryż natomiast... nawet w mikrofalówce, trzeba umieć go odgrzewać, aby nie tworzyły się duże grudy zlepionych ziaren.
Asia - Po kilku minutach przyszła ponownie kelnerka. Tym razem, pamiętając nasze obawy, spytała się czy dania nie są za ostre.
Igor - Ale wszystko było w porządku. Jedliśmy dalej z apetytem.
Asia - I się najedliśmy. W dość krótkim czasie, za średnio rozsądne pieniądze. Wniosek - mamy w Łodzi kolejną po Ganesh knajpę z indyjskim jedzeniem.
Igor - I podobnie jak w Ganesh, Buddha to razej nie jest lokal na codzienne obiady, ale zajrzeć od czasu do czasu warto.

Wydatki:
Mutton rogani amritsari 28,00 zł
Aloo adraki gobi 18,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +3
jedzenie: +4
czas: +4
wystrój: +5
czystość: +5


Ogólna ocena:

Buddha - restauracja indyjska
ul. Zachodnia 87
www.buddha.info.pl
tel: 782 111 222, 42 631 111 2

Wyświetl większą mapę

24 wrz 2009

U fabrykanta - w fabryce


Asia - Trochę po czasie, ale udało nam się wreszcie zjeść „U Fabrykanta”.
Igor - Po ostatnim podejściu do tego lokalu, który został wybrany w ankiecie „jaki lokal mamy odwiedzić w sierpniu”, pamiętaliśmy, że po 18.00 nie ma co tam już jechać.
Asia - Ani w weekend, ani w poniedziałki. Restauracja ta jest bowiem otwarta dla gości tylko 4 dni w tygodniu, od 10.00 do 18.00
Igor - Zatem pod koniec września udało nam się dopasować nasz terminarz do terminarza „U Fabrykanta”.
Asia - Pierwsze co daje się zauważyć, to dojazd po kocich łbach – od razu człowiek przenosi się do innej epoki.
Igor - Ale ogólnie <>lokalizacja jak na lokal ciekawa – obok Muzeum Kinemarografii, biur w odnowionej fabryce, tuż przy parku Źródliska.
Asia - Po jedzeniu można się zawsze przespacerować.
Igor - Ale do rzeczy. Przed wejściem do restauracji znajduje się podest służący jako ogródek. Wrześniowa temperatura zachęca jeszcze do jedzenia na zewnątrz, ale wybraliśmy się do środka.
Asia - A tam wybór 7 okrągłych stolików (po 4 osoby) plus jeden większy stół cały zastawiony zastawą. Na pierwszy rzut oka, był to stół przygotowany na specjalną rezerwację. Mniejsze stoliki wyglądały bardziej przystępnie (mniej elegancko). Były bowiem, przykryte kolorowymi obrusami w pasy, miały serwetki papierowe z logo knajpy i sztućce.
Igor - Gdy tylko usiedliśmy podszedł do nas kelner z dwoma kartami dań... chociaż określenie „dań” średnio tutaj pasuje. Z kilku stron pierwsza stanowi wstęp (nazwa, godziny otwarcia), druga to spis dań...
Asia - trzecia i kolejne to już napoje alkoholowe i bezakloholowe.
Igor - Więc czytaliśmy stronę drugą z podziałem na: zupy, dania główne, wśród których są i polędwiczki, i placki ziemniaczane, i sałatka grecka, i omlet, i lody z owocami. Kompletny misz-masz. Wśród dodatków znajdziemy frytki, ziemniaki, warzywa i bukiet surówek.
Asia - Mnie zaciekawił nagłówek strony z potrawami, gdyż był tam polecany zestaw dnia w postaci krupniku, pulpetów w sosie koperkowym i kluseczek półfrancuskich, i bukietu surówek. Za całe 15 zł.
Igor - Ogólnie to jest normalna cena „u Fabrykanta”. Zupy można tam zjeść za 5-7 zł, a najdroższe mięso to polędwiczki wołowe za 20 zł, do tego frytki/ziemniaki (max 4 zł) i 4 zł za bukiet surówek – daje nam to max 35 zł za dwudaniowy obiad.
Asia - A wracając do menu, po daniach mamy wódki, wina, brandy, koniaki, likiery, drinki typu „aperitiff”, kawy, herbaty i napoje.
Igor - Gdy kelner do nas podszedł byliśmy pewni co zamawiamy. Asia zestaw dnia, tyle, że bez krupniku; a ja polędwicę po fabrykancku, frytki i blanszowane warzywa.
Asia - Po złożeniu zamówienia zaczęliśmy się rozglądać po wnętrzu.
Igor - Ja zwróciłem uwagę na coś co architektonicznie wyróżnia fabryki – metalowe wsporniki, które tutaj zostały obite dechami.
Asia - Mnie się spodobało, że ściana w której są okna pozostała surowa. Cegły i okna z małymi szybkami wyglądają bardzo klimatycznie. Do tego na ścianach elementy dawnej Łodzi – np. akcje wydawane przez Scheiblera i Grohmana
Igor - A pod sufitem sporych rozmiarów rysunki maszyn szwalniczych.
Asia - Część w której siedzieliśmy jest ułamkiem całego lokalu.
Igor - Za barem otwiera się kolejna przestrzeń, która z powodzeniem może służyć jako sala taneczna, dalej w głębi widziałem kolejny „pokój”, a z boku było jeszcze przejście do sali ze stołem bilardowym.
Asia - Słowem lokal w sam raz na większą imprezę.
Igor - Z barem, przy którym można usiąść i pogawędzić.
Asia - Ja skorzystałam z chwili, że Igor nadal ogląda wnętrze i poszukałam toalety. Trafiłam tam po strzałkach. I stwierdzam, że dawno w takiej czystej i pachnącej łazience w knajpie nie byłam.
Igor - Zaraz gdy Asia wróciła podszedł kelner z dwoma owalnymi talerzami.
Asia - Stanął przy mnie i powiedział, że „zestaw dnia się skończył i kuchnia zrobiła schabowego. Może być?”. Stwierdziłam, że tak. Kelner odchodząc od stolika raz jeszcze przeprosił za tę nieoczekiwaną zmianę... A wystarczyło, że powiedziałby po tym jak złożyliśmy zamówienie, że pulpecików nie ma – wzięłabym coś innego. Ale schabowy wyglądał apetycznie więc zaczęłam po prostu jeść.
Igor - Moje danie także prezentowało się ciekawie. Polędwica obtoczona w jajku z pieczarkami i paseczkami papryki, do tego cienkie frytki i warzywa (marchewka, kalafior, brokuł).
Asia - Ja na talerzu prócz pokaźnego kawałka wieprzowiny miałam kilka ziemniaków, pomidora ze skórką i cebulką, świeżo startą marchewkę z jabłkiem i ogórka kiszonego w plasterkach.
Igor - Ogólnie wszystko smakowało jak należy. Frytki nie były ani przypalone ani niedosmażone. Warzywa pysznie blanszowane, nie były ani za twarde ani za miękkie. Mięsiwo smaczne, wysmażone, chrupiące. I tylko iskry brak. Całość smakowała, ale nie było w tym daniu niczego specjalnego.
Asia - Ja swoje danie zjadłam ze smakiem. Nie byłam zaskoczona. Otrzymałam danie kuchni polskiej, które smakowało tak jak trzeba.
Igor - Tak sobie siedzieliśmy i dotarło do mnie, że ta restauracja otwarta jest w tygodniu tylko po to, żeby przyjść, obejrzeć i spróbować dań przed zarezerwowaniem sobie całego lokalu na chrzciny, komunię, wesele, bankiet biznesowy, urodziny itp.
Asia - I pewnie z tego względu w poniedziałki jest zamknięte. Po dwóch imprezowych „nockach” trzeba odpocząć, co jest zresztą zaznaczone na pierwszej stronie. „W poniedziałki odpoczywamy”.
Igor - Słuchając hitów z radia, poprosiłem kelnera o rachunek.
Asia - Nasza wizyta trwała w sumie pół godziny. Zeszliśmy, najedliśmy się, nie zapłaciliśmy dużo.
Igor - No właśnie - pół godziny. Czy to nie za krótko aby przygotować danie, podać i zjeść? Ale było smacznie.
Asia - Nie odważę się polecić tej knajpy na imprezę zamkniętą w weekend, bo nie wiem jak to wtedy wygląda - więc jeśli ktoś organizował tam spotkanie, lub brał udział w takim – to prosimy o opinie. Na pewno przydadzą się tym którzy poszukują pomieszczenia na uroczystości rodzinne czy biznesowe. Bo na moje oko obie spokojnie mogą się tam odbywać.
Igor - Słowem wstępne rozeznanie zrobiliśmy. Reszta w rękach czytelników bloga.

Wydatki:
Zestaw dnia bez zupy (schabowy) 12,00 zł
Polędwica po Fabrykancku 24,00 zł
Woda 4,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +3
jedzenie: +3
czas: +4
wystrój: +3
czystość: +5


Ogólna ocena:

U Fabrykanta
pl. Zwycięstwa 2
tel. 042 674 18 75
www.ufabrykanta.pl

Wyświetl większą mapę

30 cze 2009

Camino - rodzinnie


Igor - Zaplanowaliśmy sobie popołudnie w "Ciepłych kluchach", bo do tego lokalu mieliśmy iść w czerwcu.
Asia - No i pojechaliśmy na Zachodnią 66a, trochę trwało zanim znaleźliśmy miejsce do zaparkowania.
Igor - Podchodzimy do restauracji i niestety, lokal zarezerwowany na imprezę zamkniętą. Dobrze wiedzieć, że można takową zorganizować w Ciepłych kluchach, jednak daje to ryzyko pocałowania klamki.
Asia - Będąc głodnymi, z zarezerwowanym czasem na posiłek "na mieście", zdecydowaliśmy się czegoś poszukać.
Igor - I tym sposobem trafiliśmy do Manufaktury, do jednej z ostatnich tam restauracji, w jakich nas jeszcze nie było z wizytą.
Asia - Jest nią Restauracja rodzinna Cammino. Lokal znajdujący się na rynku Manufaktury, w północnej jego części.
Igor - Wybraliśmy sobie miejsce w ogródku, gdzie w pełni mogliśmy cieszyć się letnią pogodą. Świeże powietrze, nad głowami parasole chroniące przed słońcem, fajne widoki i wygodne siedziska przy małych stoliczkach.
Asia - Na stoliczkach są małe lampeczki. Nie zdołaliśmy się rozsiąść, a już był obok nas kelner, który nas grzecznie przywitał i podał karty dań.
Igor - Wstępne przejrzenie menu spowodowało, że nie do końca wiedziałem co wybrać. Głód jednak narastał więc skoro już weszliśmy - chcieliśmy koniecznie coś zjeść.
Asia - Ze względu na letnią pogodę, miałam ochotę na coś bez mięsa, co jednocześnie będzie słodkie i kaloryczne. Wybór zatem padł na placki ziemniaczane ze śmietaną i cukrem.
Igor - A ja nie byłem do końca przekonany, dlatego zdałem się na kelnera, który zaraz się pojawił. I nie był to ten sam człowiek - ten pierwszy widocznie był tylko do witania gości i podawania im kart dań.
Asia - Nowy kelner był dość oryginalny. Wyrazista fryzura postawiona na żel, ciemne oprawki okularów podkreślały oczy. Czarna koszula i spodnie, a do tego zegarek na szerokim, także czarnym, pasku. Z uwagi na krótki rękawek koszuli, na całym przedramieniu widoczny był tatuaż.
Igor - Fakt, kelner był dość wyrazisty, także bezpośredni i sympatyczny w kontakcie. Bez problemów Asia złożyła swoje zamówienie, a ja spytałem się o kotlet Cammino. Czasami, gdy nie mogę się zdecydować na jakieś danie, to wybieram to "tytularne" dla danej knajpy - wszak czegoś złego by nie nazwali tym samym imieniem co restaurację.
Asia - Kelner z uśmiechem przyjął także zamówienie na napoje - dla mnie wodę, dla Igora sok jabłkowy. Aby dopasować się do klimatu napoje tutaj podawane są w dużych kieliszkach do wina. Wygląda to zdecydowanie bardziej elegancko niż woda z naklejką "kropla beskidu" czy inną. Wraz z napojami pojawiły się także sztućce.
Igor - Gdy kelner odszedł mieliśmy okazję rozejrzeć się po ogródku. Niestety, na stolik obok od dłuższego czasu widzieliśmy niesprzątnięte naczynia po poprzednich klientach.
Asia - Słówko jeszcze o ogródku jako takim - gęsto ustawione krzesła troszkę utrudniają poruszanie się pomiędzy wygodnymi fotelami z miękkimi poduszkami.
Igor - Po kilku minutach oczekiwania, kelner przyniósł moją przystawkę - ser zapiekany. Z wyglądu przypominał krokiecik, albo niedosmażony kotlet. Lekko pachnący, przyzłocona panierka, lekko parujący. Ale dopiero po uruchomieniu sztućców odkryłem wszystkie walory tego dania. od razu po nacięciu wylała mi się piękna, żółtokremowa masa. W środku, poza roztopionym serem, znalazłem także kawałki szynki. Wszystko idealnie ciepłe, pachnące, no i ten. wyśmienity smak plus smaczne tosty. Polecam pójście do Cammino, nawet dla samej tej przekąski.
Asia - Danie Igora faktycznie wyglądało niesamowicie i pachniało zachęcająco. Zaraz gdy je skończył pojawił się kelner aby zabrać talerz i niedługo po tym podać nam zamówione przez nas dania.
Igor - Wraz z kolejnym talerzem z daniem główny, kelner przyniósł kolejny zestaw sztućców. Na środku talerza położony był średniej wielkości kotlet otoczony w panierce. Nieco bardziej przyzłocony, niż moja przystawka. Obok usypana kupka ziemniaczków. W osobnym pojemniczku otrzymałem zasmażaną kapustę. Polecił ją kelner, więc byłem bardzo ciekawy jej smaku.
Asia - Ja zaś dostałam grube placki ziemniaczane, do tego miseczka z gęstą śmietaną i osobna z cukrem.
Igor - Poza kapustą, byłem też ciekawy smaku kotleta. Po rozcięciu okazało się, że pod panierką i kawałkiem mięsa znalazłem farsz z pieczarek. Całość gorąca i mile komponująca się z ziemniaczkami, które były usmażone na złoto. No i ta kapusta, letnia, ale za to wyśmienita w smaku - słodka, z lekkim posmakiem przysmażenia.
Asia - Moje placki były gorące i chrupiące. W połączeniu z gęstą śmietaną i cukrem tworzyły niesamowitą kompozycję - dokładnie taką, o jaką mi chodziło. Było słodko i kalorycznie, a przy tym nie czułam się zapchana ani przejedzona. I co ważne: placki nie ociekały tłuszczem ani nie miały jego zapachu.
Igor - Kosztowałem kolejne kęsy mięsa, zakąszałem kawałkami pysznych ziemniaczków. Letnia temperatura kapusty nie była w stanie pogorszyć walorów jej smaku - wyśmienita. Jadłem z apetytem, ale wiedziałem - na deser miejsca już nie starczy.
Asia - Placki też przyjemnie mnie zapełniły, choć czytając menu widziałam apetyczny deser... Niestety nie tym razem. Porcje w Cammino są spore.
Igor - Kelner i tym razem pojawił się w idealnym momencie. Zabrał nasze talerze, wypytał się o deser i poszedł po rachunek.
Asia - Z rachunkiem nie wrócił jednak tak szybko. Gdy się jednak wrócił i zobaczył kartę płatniczą zaprosił Igora do środka - tam znajduje się terminal.
Igor - Ciekawą sytuacją którą widzieliśmy była wizyta rodziny (wszak to restauracja rodzinna). Dla dzieci były podane małe porcje, maluchowi w wózku podgrzano jego słoiczek, a na koniec, wraz z rachunkiem dla dzieci przyniesiono książeczkę.
Asia - Rodzinność restauracji widać także w toalecie w której jest przewijak - to istotna informacja dla młodych rodziców.
Igor - Koniec końców wyszliśmy z Cammino najedzeni, zadowoleni z trochę lżejszym portfelem.
Asia - Komu można polecić wizytę w Restauracji Rodzinnej? Zdecydowanie całym rodzinom, chociaż spotkanie biznesowe też tam powinno udać się bez problemów.

Wydatki:
Ser zapiekany 14,00 zł
Placki na słodko 16,00 zł
Kotlet Cammino 29,00 zł
Ziemniaki zapiekane 4,50 zł
Kapusta zasmażane 6,00 zł
Woda 4,00 zł
Sok 5,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +5
jedzenie: +5
czas: +5
wystrój: +2
czystość: +5


Ogólna ocena:

Restauracja rodzinna Cammino
Łódź, Manufaktura
tel. 042 632 64 34

4 kwi 2009

Kamienica - małołódzka


Asia - Głosowanie "jaki lokal mamy odwiedzić w kwietniu" zebrało ponad 120 głosów, z czego zdecydowana większość wskazywała "Kamienicę". Nową restaurację przy ul. 6 Sierpnia 2.
Igor - O tyle jest to ciekawe, że raz już byliśmy pod tym adresem po tym jak lokal tam umiejscowiony wygrał w naszym głosowaniu.
Asia - Do niedawna znajdowała się tam restauracja Hola Amigo - nota bene dobrze przez nas oceniona. Jednak niedawno usłyszeliśmy, że lokal zmienił nazwę oraz konkuruje do tytułu "Wnętrze roku 2008".
Igor - Szliśmy tam z mieszanymi uczuciami. Z żalem, że nie ma już smacznie karmiącej knajpy jaką było Hola Amigo; z ciekawością, jak zmieniło się wnętrze aby konkurować w konkursie o najlepsze; z niepewnością, co się kryje pod dość powszechną nazwą; oraz z nadzieją, że wyjdziemy równie zadowoleni jak wychodziliśmy z Hola Amigo.
Asia - Pierwsza różnica jaką widać po wejściu, to całkowita zmiana wystroju. Jest jasno, przejrzyście, stoły równo ustawione pod oknem, wszystkie zasłane obrusami.
Igor - I różnic możemy jeszcze sporo powymieniać, ale nie o to chodzi. Skupmy się na tym czym "Kamienica" może zachęcić, a czym zrazić.
Asia - Zachęcający był kelner. Widząc nasze niezdecydowanie gdzie usiąść zaproponował nam obejrzenie dodatkowej sali. Nazwijmy ją bordo, od koloru ścian. Ostatecznie usiedliśmy właśnie tam.
Igor - Zdecydowaliśmy się też dlatego, że to nowe pomieszczenie w restauracji. Wcześniej były tu zakłady bukmacherskie. Dodatkowo salka jest na uboczu i nie byliśmy zmuszeni na oglądanie każdego ruchu kelnera, czy wchodzących do lokalu.
Asia - Gdy już usiedliśmy na miękkich krzesłach podszedł kelner podając nam menu. Formatu A4, oprawione w skórę. Do wyboru przystawki, kilka sałatek i zup, dania główne, dania rybne, dodatki (typu frytki, ryż, gotowane ziemniaki, blanszowane warzywa). Przed spisem napojów znajduje się kartka z czterema daniami: jajeczkiem faszerowanym na trzy sposoby, sakiewkami podkomorzego, barszczem czerowym i żurkiem. Tak trochę ni w pięc ni w oko.
Igor - Wertując menu zawsze szukam jakiś dań "szefa", ewentualnie posiłków które nazwą nawiązują do lokalu. Nie inaczej było i tym razem, znalazłem jedną z przystawek - małże, zdziwiła mnie jednak nieco nazwa "kaminica". I tu pytanie do właścicieli i znawców - o co chodzi?
Asia - Jeśli chodzi o przystawki to są godne uwagi, bo nie każdemu mogą smakować: śledź, befsztyk tatarski, ozór na szaro, carpaccio z polędwicy, krewetki królewskie, łosoś, szpinak no i te małże. I nie wiem jak to ma się to znalezionego w internecie opisu, że w Kamienicy można "poczuć prawdziwą atmosferę Łodzi i głównej ulicy Piotrkowskiej".
Igor - Dzień był bardzo ciepły, więc w momencie kiedy weszliśmy do Kamienicy, chciało mi się pić. I w momencie kiedy wybrałem na co mam ochotę, przyszedł kelner i przyjął nasze zamówienia - ja sok, a Asia herbata. Moją uwagę zwróciły ceny - soki po 5 zł za 250 ml i aż 6 zł za małe 200 ml buteleczki napojów Coca Coli. Kelner przyjął zamówienie i dał nam czas na wybranie czegoś do jedzenia.
Asia - Zaczęliśmy wybierać dania główne, jednak po chwili zastanowienia zaczęliśmy od zup. Moją uwagę zwróciła zalewajka opisana jako "tradycyjna łódzka zalewajka z kurkami".
Igor - Wyboru zup za dużego nie miałem, bo po tym jak Asia zdecydowała się na zalewajkę, w menu zostały jeszcze dwie pozycje. Wybrałem zupę Julian, czyli rosół z dużą ilością warzyw podawany z kuleczkami drobiowymi.
Asia - I znowu kelner pojawił się w idealnym momencie. Przyniósł nasze napoje, przyjął zamówienie na zupy i spytał, czy mamy ochotę dalej wertować menu.
Igor - Oczywiście że tak! Chcieliśmy zjeść coś na obiad, a zupę traktowaliśmy niemal jako przystawkę. Kiedy wypiłem sok, poszedłem do toalety umyć ręce. Bez trudu dotarłem do łazienek usytuowanych na drugim końcu restauracji. Za drzwiami męskiej toalety, były dwa małe pomieszczenia - jedno z umywalką i pisuarem, drugie z muszlą. Całe pomieszczenie pachnące jeszcze nowością. Wróciłem do stolika z nadzieją, że kelner przyniósł już zupę.
Asia - Ponieważ kelnera nie było, także i ja udałam się do łazienki. Damska toaleta wystrojem pasowała do reszty lokalu. Szkoda tylko, że lustro było okrutnie brudne.
Igor - Przy naszym stole pojawił się kelner, który przyniósł zupy. Zaraz po nim przyszła Asia, dzięki czemu od razu mogliśmy złożyć zamówienie na danie główne. Kelnerowi się nie spieszyło, bo w całym lokalu byliśmy tylko my i to przez cały czas trwania naszej wizyty.
Asia - Ja zdecydowałam się na pierś pod kurkami z brokułami. Brzmiało ciekawie, jednak miałam problem z dodatkiem. Zapytałam kelnera jaki dodatek będzie najlepszy. Nie doradził mi nic wykręcając się, że każdemu smakuje co innego. Na szczęście był w stanie powiedzieć czy pierś będzie chrupiąca czy miękka (to akurat zależało ode mnie). Do chrupkiej piersi wybrałam zatem frytki.
Igor - Mnie skusił sznycel cielęcy na opiekanych ziemniaczkach - cielęcina panierowana z jajkiem sadzonym i cytryną, a pod nią ziemniaczki. Co ważne, a niestety rzadko spotykane, dania w menu były także opisane pod względem gramatury. Kelner spytał się czy życzę sobie jakichś dodatków, zdecydowałem się na warzywa blanszowane.
Asia - Ja z apetytem zabrałam się za parującą zalewajkę. Pycha! Gęsta, sycąca, lekko kwaskowa. Brakowało mi tylko świeżej pajdy chleba.
Igor - A moja zupa... no ciepła woda, lekko słona, z dodatkiem dużej ilości nierówno pokrojonych w paseczki warzyw. Warzywka na wpół surowe, dobre - wiosenne. Na dnie 2 kulki mięsne, słownie: dwie.
Asia - Chwilkę po tym jak skończyliśmy pojawił się kelner i zabrał nasze naczynia. I w sumie nie musieliśmy długo czekać na drugie danie.
Igor - Pojawił się kelner ze wszystkimi zamówionymi rzeczami. Nie zawsze zdarza się aby obsługa dała radę przynieść pięć talerzy na raz.
Asia - Przy mnie stanęły trzy talerze. Jeden duży, okrądły z daniem głównym, i dwa mniejsze z frytkami i brokułami. Na głównym talerzu leżały ułożone na sobie piersi kurczaka, polane artystycznie sosem z kurkami.
Igor - Najpierw stanął przede mną talerzyk z blanszowanymi brokułami, marchwią i kalafiorem, a zaraz po nim duży okrągły talerz z ogromnym kawałem mięsa. Był tak duży, że zakrywał 3/4 talerza i wszystkie znajdujące się pod nim ziemniaczki. Dla ozdoby listek bazylii i kilka źdźbeł szczypiorku.
Asia - Całość pachniała wyjątkowo apetycznie. Zaczęłam od brokułów - i od razu rozczarowanie. Były po prostu zimne. Z frytkami był lepiej. Ciepłe, chrupie, niesolone (sól stała na stole), nietłuste. Zaś mięso? Przyjemnie przypieczone, aromatyczne, do tego słonawy, gęsty sos.
Igor - Ja zacząłem od mięsa, na którym dumnie spoczywało jajko sadzone. Mięso świetnie wypieczone, smaczne i wyraziste w smaku. Aż ślinka leci na samo wspomnienie. Wybierając to danie, miałem nieco inne wyobrażenie o zapiekanych ziemniaczkach. Inne i powiem że gorsze od tego co otrzymałem. Pod kawałem mięsa miałem kilka ćwiartek ziemniaczków w mundurkach. Kartofelki faktycznie były opiekane, po ugotowaniu zostały wsadzone do wysokiej temperatury, dzięki tego skórka była chrupiąca i lekko ponadpiekana. Kolejna rzeczą jakiej spróbowałem były warzywa i tu podobnie jak u Asi zawiodłem się temperaturą.
Asia - Równo po piętnastu minutach od podania dań przyszedł kelner zabrać nasze talerze. Był to wystarczający czas aby zjeść. W dalszym ciągu mieliśmy menu na stole, więc mieliśmy możliwość domówienia deseru, ale po dwudaniowym obiedzie nie było szans abyśmy zmieścili jeszcze coś słodkiego.
Igor - Po prostu byliśmy przyjemnie najedzeni. Czekaliśmy więc na kelnera aby poprosić go o rachunek.
Asia - Gdy już przyszedł podaliśmy mu kartę płatniczą. Kelner jednak zapytał czy mamy gotówkę. Zdziwiło nas to pytanie, zwłaszcza, że na drzwiach wejściowych są naklejki, że lokal akceptuje karty.
Igor - Pan szybko wyjaśnił, że mają stary terminal i nie zawsze płatności przechodzą. Postanowiliśmy jednak spróbować.
Asia - W zasadzie to nie mieliśmy wyjścia. Najpierw w ruch poszła karta Igora, po 3 anulowanych transakcjach, spróbowaliśmy z moją. Po kilku próbach udało się. To co mnie zdziwiło, to wydrukowane logo na paragonie z terminalu... był tam napis "Hola Amigo".
Igor - Komu możemy polecić ten lokal? Gościom hotelowym z pobliskiej Grandki, biznesmenom oraz osobom, którym zależy na wykwintnym podaniu posiłków. Kamienice powinni odwiedzić ludzie ceniący spokój i dobre jedzenie, osoby dla których wysokość rachunku jest sprawą trzeciorzędną.
Asia - Wracając na moment do konkursu "wnętrze roku 2008". Kamienica wygląda na jeszcze nie dokończoną. Gdzieniegdzie wystają kable ze ścian, obrazy stoją na podłodze, czekając na zawieszenie, poremontowe worki wystają z szaf. Ale ogólnie wystój jest przyjemny, elegancki, a stoliki ustawione są tak aby zapewnić maksymalną wygodę. Całość dopełnia miła i spokojna muzyka.
Igor - Kiedy wychodziliśmy z restauracji, nadal nie widzieliśmy nikogo z klientów. W Hola Amigo było to samo - dobre jedzenie, świetna lokalizacja i rzadko większa liczba klientów. Kamienica jest dopiero na początku wyrabiania sobie marki, jak dla nas jest ona smaczna.

Wydatki:
Zalewajka 9,00 zł
Zupa Julian 10,00 zł
Sznycel 29,50 zł
Pierś z kurczaka 22,50 zł
Frytki 5,00 zł
Blanszowana warzywa 5,00 zł
Herbata 5,00 zł
Sok 5,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +4
jedzenie: +4
czas: +5
wystrój: +3
czystość: +4


Ogólna ocena:

"Kamienica"
Łódź, ul. 6 Sierpnia 2
tel. 042 630 18 59


Wyświetl większą mapę

29 mar 2009

Ciągoty i tęsknoty - ciekawie i tanio


Igor - W każdym miesiącu jeden lokal do którego wybieramy się z Asią wybierają czytelnicy naszej strony. W tym miesiącu bezkonkurencyjny w tym plebiscycie był lokal "Ciągoty i tęsknoty" nazywany barem i restauracją.
Asia - Dotarcie do tego lokalu nie jest sprawą najprostszą. "Ciągoty i tęsknoty" leżą bowiem na Dołach, nieopodal cmentarza i kircholu. Dojazd komunikacją zbiorową jest możliwy, aczkolwiek restauracja jest w połowie przystanku tramwajowego i autobusowego przy ulicy Wojska Polskiego. Natomiast autem trzeba sporo nadrobić drogi, bo jedyny możliwy dojazd jest od strony ulicy Brackiej i Harcerskiej przy skrzyżowaniu z którą znajduje się restauracja.
Igor - Niestety, lokalizacja to chyba największy feler lokalu do jakiego mieliśmy iść w tym miesiącu. Bez trudu udało się go nam rozpoznać na tle okolicznych bloków. Restauracja jako jedyny budynek w okolicy ma oświetloną elewację, jasne i niepozasłaniane okna.
Asia - Od wejścia przywitała nas przyjemna atmosfera. Kilka stolików zajętych, rozmawiający ludzie, muzyka, ciepłe światło. Witać, że jest to miejsce odwiedzane.
Igor - Przy jednym stoliczku para znajomych, przy innych rodzina z dziećmi, przy innym zaś starsze małżeństwo. Mieliśmy unaoczniony przekrój klientów "CiT", bo każdy przyszedł w innym celu - herbatka, obiad czy przekąska.
Asia - No i my. W zasadzie byliśmy już po późnym obiedzie, więc kolacja nie wchodziła jeszcze w grę. Zależało nam na jakiejś delikatnej potrawie na niedzielny dżdżysty wieczór.
Igor - Zaraz gry zasiedliśmy do wolnego stolika pojawiła się przy nas kelnerka z dwoma menu i jedną kartą herbat i kaw. Te pierwsze dość ciekawie wykonane z jednego dużego arkusza brązowego papieru, na którym wydrukowane w dwóch rzędach dania serwowane w lokalu.
Asia - Przekąski, przystawki (zimne i ciepłe), makarony, sałatki, dania główne i desery. Niezbyt wiele pozycji, ale jest z czego wybierać. Najdroższe danie kosztowało 30 zł.
Igor - Stwierdziłem, że za wiele nie zjem i zacząłem wybierać spośród przystawek. Mój wzrok przyciągnął bób podawany wraz z sosem tzatziki.
Asia - Mnie spodobał się bób z boczkiem, ale ponieważ Igor wybrał swoje danie ja postawiłam na naleśniki z bananami i czekoladą.
Igor - Kiedy kelnerka przyszła przyjąć nasze zamówienie, dopytywała czy chcemy także coś do picia. Stwierdziliśmy jednak, że zobaczymy jak duże będą nasze posiłki i później domówimy może desery.
Asia - Ja z zainteresowaniem przyglądałam się karcie z herbatami i kawami. Niedużego formatu kartka, na okładkach ze spisem i cenami herbat i kaw, a wewnątrz z opisem herbat czarnych i zielonych.
Igor - W czasie oczekiwania na nasze dania, zacząłem rozglądać się po wnętrzach. Jest przytulnie, to bez wątpienia. Jest też łódzko - na ścianach widnieją oprawione stare fotografie łodzian - a to jakaś klasa szkolna, a to rodzina. Natomiast to co mi nie pasowało, a wręcz irytowało to muzyka. Była natarczywa, bardzo wyraźna i zdecydowanie nie jako miłe uzupełnienie.
Asia - Gdzieniegdzie o ściany stoją oparte metalowe ozdobne kraty służące za wieszaki na ubrania, a po złączeniu także za parawany oddzielające poszczególne stoliki. Do tego na stołach świeże kwiaty i bazie, zapalone świece.
Igor - Na jedzenie nie musieliśmy czekać za długo. Kelnerka przyszła i postawiła przed każdym z nas po talerzu.
Asia - Ja dostałam na okrągłym przezroczystym talerzu dwa, cienkie, miękkie, ciepłe naleśniki, wypełnione plasterkami bananów, całość polana czekoladą, posypana cukrem pudrem i udekorowana kuleczką bitej śmietany. Wyglądało bardzo apetycznie.
Igor - A ja otrzymałem mały półmisek w rozsypanym pachnącym bobem, a obok stała sosjerka z tzatzikami. Ale jakimi! Mniam! Nie to co w zwykłych jadłodajniach gdzie serwują sos czosnkowy z suszu plus ścinki ogórka. Tutaj wszystko pachniało świeżością. Kompozycja wspaniała. Ot i mamy wiosnę.
Asia - Moje danie było przyjemnie ciepłe, delikatne w smaku, wystarczająco słodkie. Do takiej kompozycji smakowej idealnie pasowałaby herbata owocowa. Ja jednak zdecydowałam się na kawę z mlekiem .
Igor - A ja już dawno upatrzyłem sobie deser. Na oku miałem deser lodowy z gorącymi wiśniami. Gdy przyszła kelnerka bez wahania wspomniałem o deserze.
Asia - Skoro Igor wziął deser, to ja do mojej kawy domówiłam jeszcze mini deser lodowy.
Igor - W trakcie oczekiwania na kolejne nasze zamówienie, do lokalu weszli kolejni klienci. Widać, że mimo mało przystępnej lokalizacji, do Ciągot ciągną klienci.
Asia - I w sumie się nie dziwię. Ceny niższe niż w centrum, sprawna obsługa, przyjazna atmosfera...
Igor - Na deser nie musieliśmy długo czekać. Czasem zdarzało się, że deser szykowano dłużej niż danie główne. A tu deser szybciej od przystawek.
Asia - Ja dostałam małą, kwadratową miseczkę z pokaźną kulką lodów, do tego znów bita śmietana i sporo polewy czekoladowej. Porcja mała - idealna jako smaczne zakończenie nawet sycącego obiadu.
Igor - Na moim talerzu, takim zwykłym na którym podać można kotleta, znajdowały się dwie gałki lodów - waniliowe i bakaliowe. Na drugim krańcu talerza kilkanaście ciepłych drylowanych wisienek. Wszystko oblane wiśniowym sosem i spora ilością płatków migdałowych.
Asia - Ze względu na dość późną godzinę postanowiliśmy zakończyć już wizytę, zwłaszcza, że byliśmy przyjemnie najedzeni i zrelaksowani. I tu nastąpiła dłuższa chwila oczekiwania na kelnerkę, która jak na złość teraz na nas nie zerkała. Wykorzystałam ten czas na wizytę w toalecie. W sumie mam cztery spostrzeżenia. 1. Jest ona unisex, co przy miejsacah na około 30-40 gości wydaje się być nie dość wystarczające. 2. Osoba na wózku do niej nie dojedzie (od sali oddzielają ją bowiem dwa stonie). 3. Lustro jest przyciemniane. Świetny efekt! 4. Wszystko było czyste i pachnące.
Igor - Nie mogąc już doczekać się kelnerki wstałem i poszedłem uregulować rachunek. Ważna informacja - można płacić kartą.
Asia - Wyszliśmy i zastanawialiśmy się komu można polecić ten lokal.
Igor - Spokojnie pasuje na rodzinne obiadki, ale dla lubiących dość nachalną muzykę. Muzyka też sprawia że nie wiem czy lokal pasuje na romantyczna kolację... no ale muzykę można zmienić. Trochę problemem będzie brak intymności i wydzielonych stolików, co może być niedogodnością także dla chcących organizować biznesowe spotkania.
Asia -

Wydatki:
Naleśniki 10,00 zł
Bób z sosem tzatziki 8,00 zł
Mini deser lodowy 5,00 zł
Lody z gorącymi wiśniami 14,00 zł
Kawa biała 5,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +3
jedzenie: +4
czas: +4
wystrój: +3
czystość: +5


Ogólna ocena:

"Ciągoty i Tęsknoty"
Łódź, ul. Wojska Polskiego 144a
042 650-87-94



Wyświetl większą mapę

10 mar 2009

Irish Pub - irlandzka nie tylko nazwa


Igor - Dzień Świętego Patryka już 17 marca. Postanowiliśmy więc sprawdzić gdzie warto się bawić w tym roku.
Asia - Poszukaliśmy w sieci, co najbardziej pasuje pod irlandzki klimat w Łodzi.
Igor - Wyszło nam, że powinniśmy udać się do Dublin Pub lub Irish Pub.
Asia - Mieliśmy nawet szalony pomysł, aby każde z nas poszło do innego pubu w tym samym czasie. Ale zrezygnowaliśmy i poszliśmy razem do Dublin Pub.
Igor - Sprawdziliśmy w internecie, że tam coś serwują. Co? Nie udało nam się stwierdzić, gdyż wyszliśmy po 15 minutach oczekiwania przy stoliku na kogokolwiek z obsługi. Lokal był z lekka pusty, więc nie można ich wytłumaczyć nadmiernym ruchem.
Asia - Wstaliśmy i poszliśmy Piotrkowską do drugiego wybranego przez nas irlandzkiego miejsca w Łodzi.
Igor - Irish Pub znajduje się w bramie, jednego z najsławniejszych adresów naszego deptaka - we frontowej kamienicy znajduje się studencki klub Siódemki.
Asia - Latem całe podwórko zajęte jest przez ogródek. Zimą zostają tylko podesty i iglaki. Do Irish Pubu wchodzi się przez drewnianą przybudówkę.
Igor - Od progu widać bar i kilka stolików. Wydawać by się mogło, że lokal jest mały, jednak po zejściu do piwnicy odkrywamy kolejne pomieszczenia.
Asia - My jednak zdecydowaliśmy się zostać na poziomie 0. Gdy tylko usiedliśmy podszedł do nas kelner.
Igor - Kelner, który jest jednocześnie barmanem. Poczekał aż zdjęliśmy płaszcze i podał nam menu.
Asia - I w tym momencie odczuliśmy minus wybrania stolika na górze. Brak jasnego światła lub chociaż zapalonej świeczki spowodował, że dania wybieraliśmy troszkę po omacku (dosłownie).
Igor - Nad moją głową była lampka, ale bez żarówki. Na stole stał mały świecznik, ale świeczka w nim wypaliła się dawno przed naszym przyjściem. Suma summarum było ciemno, wręcz półmrok. Musiałem się nieźle nagimnastykować, aby skorzystać z resztek światła dobiegających z baru. Dodatkowych atrakcji dostarczał mi kiwający się fotel, z niepewną jedną z nóżek, gwarantował on mi że z pewnością bym nie zasnął.
Asia - Na szczęście poradziliśmy sobie... Ja zdecydowałam się na penne z suszonymi pomidorami i bryndzą.
Igor - Ja wybrałem Sheperd's Pie, czyli zapiekankę z polędwicy wołowej i ziemniaków podaną z ostrą musztardą. Na wszelki wypadek zapytałem jednak kelnera jak ostra jest ta musztarda - od tego zależało bowiem czy już teraz wybiorę coś do picia, czy dopiero później.
Asia - Ze względu na zimową aurę zdecydowałam się dodatkowo na herbatę. Kelner zapytał jaką... poprosiłam aby doradził jakiś smak, który będzie względnie pasował do wybranego przeze mnie dania. Stanęło na earl gray. Co ciekawe cena z paragonu różni się od tej na stronie www.
Igor - Taaa herbata pasująca do penne? No nic, ja poszedłem do toalety. Znajduje się ona w piwnicy, do której schodzi się po schodach. Tak więc osoby mające problemy w poruszaniu się - wybierajcie inne lokale. Toaleta urzekła mnie... zapachem! Tak pięknie pachnącej toalety już dawno nie odwiedzałem. Mieszanka korzennych zapachów unosząca się ze świecznika, plus pachnidełko rozpryskiwane przez dozownik i intensywnie pachnące kostki w pisuarach. Mieszanka może wydawać się zabójcza, a jednak nie jest. W łazience znajduje się automatyczny podajnik mydła i równie automatyczny, działający na fotokomórkę, podajnik papieru.
Asia - To ja dodam tylko jeszcze, że w damskiej toalecie jest dodatkowo podajnik kremu do rąk. Chwilę po tym jak Igor wrócił, kelner przyszedł ze sztućcami oraz herbatą.
Igor - Usiadłem i czekałem na zamówienie. Oglądając wnętrze - na ścianach obrazki, jednak w zumie to nic szczególnego nie przykuło naszej uwagi. No może poza palącym się płomieniem na podwórku. W menu było podane, że można czekać do pół godziny. I w sumie nie tak długo czekaliśmy. Kelner przyszedł i postawił przed nami nasze dania.
Asia - Początkowo myślałam, że się nie zmieszczą na naszym stoliczku. Mój makaron był bowiem podany na ogromnym kwadratowym talerzu. Całość wyglądała na niezbyt duże danie.
Igor - Natomiast moje danie, podane było na talerzu przypominającym żeliwna patelenkę, też sporawych rozmiarów.
Asia - Penne (czyli makaron rurki) polane było gęstym serowym sosem, o ciekawym smaku. Do tego kawałki pomidorów.
Igor - Natomiast moje "ciasto Sheperda" pachniało wyśmienicie. Z góry widać było tylko pierzynkę z tłuczonych ziemniaków. Były tak delikatne, że można to bardziej nazwać pure. Pod spodem znajdowało się ciekawe w smaku, mielone i smażone mięso polędwicy wołowej. A gdzie ta musztarda? W oddzielnym pojemniczku, do smaku.
Asia - Całość dania sycąca, smaczna, ale jakoś nie powalająca. Pozwalająca się najeść. I co ważne po zjedzeniu nie czułam się przejedzona. Dobre danie na lunch jak i na lekką kolację.
Igor - Moje danie było pyszne. Puszyste ziemniaki, a pod nimi ciepłe i soczyste mięso. Od góry posmarowałem ziemniaczaną pierzynkę musztardą. Nie wiem dlaczego opisali ją jako ostrą, bo ja bym ją ocenił jako średnią. Z całego dania zostawiłem tylko listki bazylii, którymi udekorowano Sheperd's Pie.
Asia - Dosłownie w kilka sekund po tym jak odłożyłam sztućce, przy stole pojawił się kelner i zabrał talerze.
Igor - Dobrze, że odłożyłem sobie z boczku menu, bo dzięki temu mogłem jeszcze do niego zajrzeć.
Asia - Ponieważ miło się siedziało w Irish Pub, a gości nie było zbyt dużo postanowiliśmy wybrać jeszcze jakiś deser. W zasadzie desery wybierał Igor. Dla mnie Creme Brulee, a dla siebie gruszkę z czekoladą.
Igor - W tym czasie przy barze zaczęli zasiadać kolejni goście. Zrobiła się ciekawa atmosfera, bo byliśmy w (przynajmniej z nazwy) irlandzkim pubie, a przy barze siedzieli jegomoście posługujący się wyspiarskim językiem.
Asia - Kelner gawędząc od czasu do czasu z gośćmi przy barze nie zapominał jednak o nas. Chwilę po złożeniu zamówienia na desery otrzymaliśmy sztućce.
Igor - Z pubowej atmosfery wytrącił mnie nagle dźwięk dzwoniącego telefonu... Dzwonił telefon przy barze. Nasz kelner po podniesieniu słuchawki powiedział tylko: "idę" i zniknął na dole. Tym oto sposobem dowiedzieliśmy się jak kuchnia powiadamia o gotowych daniach.
Asia - Kelner przyszedł po chwili z dwoma talerzami - tym razem duży, kwadratowy był dla Igora, a dla mnie miseczka z francuskim deserem.
Igor - Szczerze powiedziawszy, to spodziewałem się nieco więcej niż jednej małej gałeczki lodów, gruszki i talerza finezyjnie oblanego czekoladą w płynie.
Asia - Ja zaś z nadzieją chwyciłam łyżeczkę i delikatnie przebiłam skorupkę karmelu. Miłe dla ucha "trach" i już mogłam skosztować tego słodkiego deseru... No właśnie... słodkiego. Tutejszy deser nie był specjalnie słodki, konsystencja była budyniowa a posmak lekko przypalony. Z minuty na minutę jadłam coraz wolniej.
Igor - Szybko zjadłem moją ciepłą gruszkę. Równie szybko zniknęła gałeczka lodów. Na sam koniec "bawiłem" się w nakładanie sosu czekoladowego na widelczyk.
Asia - Kelner podchodząc kolejny raz do naszego stolika zapytał czy nam smakowało. Troszkę skłamaliśmy, że tak i poprosiliśmy o rachunek.
Igor - Sławek (imię z paragonu) podał go mnie.
Asia - Ale ponieważ 10 marca to (ponoć) Dzień Mężczyzny, wiec płaciłam ja. Już miałam podnieść się i podejść do baru, gdy obok stanął kelner z przenośnym terminalem. Transakcja przebiegła więc szybko i bezproblemowo.
Igor - Z pewnością Irish Pub, ze względu na ceny nie jest dla każdego. Choćby cena herbaty, którą zamówiła Asia (8 zł), pokazuje, że wypad do tego lokalu nie będzie tani.
Asia - Także ceny dań, oscylujące dookoła 40 zł nie zachęcają o częstego stołowania się. Choć Irish ma promocję: od 15 do 18 wybrane dania można kupić 50% taniej. Dla tych którzy jadają lunche na mieście to może być ciekawa propozycja w znośnej cenie.
Igor - Poszliśmy tam, aby zaproponować Wam coś na 17 marca - dzień Św. Patryka, patrona Irlandii. W Irish Pubie można liczyć na irlandzki klimat (także ceny), irlandzkie piwo i koncert, zaś w Dublin Pubie.... widzieliśmy plakaty reklamujące imprezę we wtorek i zachęcające do spróbowania zielonego piwa.
Asia - Wybór należy do Was. Liczymy, że prztestuJecie oba lokale w dniu zielonego święta i podzielicie się swoimi opiniami.

Wydatki:
Penne z bryndzą 19,00 zł
Sheperd's Pie 38,00 zł
Creme Brulee 15,00 zł
Gruszka z czekoladą 15,00 zł
Herbata 8,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +4
jedzenie: +4
czas: +5
wystrój: +3
czystość: +5


Ogólna ocena:

Irish Pub
Łódź, ul. Piotrkowska 77
042-632 48 76
www.irishpub.pl



Wyświetl większą mapę

8 sty 2009

Coffeeshop Company - bez odlotu


Igor - Jest zima więc musi być zimno... cholernie zimno. Łażąc po Piotrkowskiej można się zastanawiać, albo nas sensem życia, o tym jakie zakupy jeszcze zrobić, albo najzwyczajniej - co ja tu u licha jeszcze robię gdy tam zimno?! Stwierdziłem więc, że warto gdzieś wejść i się ogrzać.
Głodny nie byłem, więc wszelkie knajpy wykluczyłem z kręgu podejrzanych. Padło na jakąś kawiarenkę. Tych na szczęście na Piotrkowskiej jest dość sporo, a już prawdziwy wysyp mamy w okolicach Grand Hotelu. Powiem tak, od dawna intrygowała mnie nazwa jednej z kawiarni. Czytało się to i owo o Amsterdamie, o tamtejszych Coffee Shopach... postanowiłem więc zawitać do lokalu przy ul. Piotrkowskiej 84. Oczywiście nie spodziewałem się aby sprzedawano tam cokolwiek nielegalnego.
Łódzki Coffeeshop Company, do franczyza wiedeńskiej kawiarni, czy udana nie wiem bo w pierwowzorze nie miałem okazji jeszcze być. Podkreślam, jeszcze! Ale wróćmy do Łodzi, wszak ją testuJemy. Otóż nie da się tego lokalu przegapić, gdyż znajduje się od frontu kamienicy, gdzie krzyczy do wszystkim wielgaśnym napisem z nazwą CC. Po wejściu, od razu trafia się na jedną z dwóch sal. Wzdłuż ściany jest lada, nad nią duże menu. Trochę jak w McDonaldzie czy innym sieciowym fast foodzie. W salkach są trzy rodzaje siedzisk - kanapa zaraz przy wejściu (nie polecam, zwłaszcza przy takiej pogodzie, gdzie każdy nowo wchodzący wpuszcza zimny powiew powietrza), w drugiej sali są stoliczki do posiedzenia we dwoje, a na przeciwko baru są też stołki barowe. Jak ktoś przyjdzie samemu i jedynie potrzebuje gdzieś przycupnąć i mieć mały stoliczek... idealne rozwiązanie - w sam raz dla mnie.
W kawiarni panuje półsamoobcługa - tzn. podchodzi się do lady, zamawia coś z zawieszonego menu, od razu się płaci (i tu podobieństwo do McDonalda się kończy), a później idzie się do własnego stolika - zamówione dania podaje ekspedientka. Jak już wspomniałem zmarzłem, więc chciałem coś ciepłego. Jednak był już wieczór, a ja kawy na noc nie pijam, stwierdziłem że świetnie rozgrzeje mnie jakaś czekolada. Do tego chciałem jakieś ciastko. Podszedłem do kasy i zacząłem wybierać. Aha, taka mała wskazówka - wybierajcie sami a na pomoc ekspedientki nie liczcie. Wybrałem więc białą czekoladę ze śmietaną w rozmiarze średnim (są też mały i duży). Do tego wybrałem torcik... pyszny torcik migdałowo-czekoladowy. Zapłaciłem i poszedłem do stolika.
Czekanie na zamówienie trwało kilka minut. W tym czasie porozglądałem się po wnętrzu. Pierwszą rzeczą jaka przykuła moją uwagę był telewizor. Ale równie szybko moja uwaga została od niego odkuta - ile można oglądać slajdów pokazujących lokale CC w innych miastach? Żeby to choć atrakcyjne było, ale pokaz a'la power point mnie szybko znudził. Coś więcej we wnętrzu? Nic. Ani te stoliczki fajne, ani lampy ciekawe. Ot kawiarnia na zasadzie - wejść i wyjść. Można też polansować się z laptopem na kanapie, która stoi przy ogromnej witrynie - "a niech spacerujący widzą, że nawet podczas przerwy na kawę robię ważne sprawy w laptopie".
Podeszła ekspedientka - postawiła na małym stoliczki dwa talerzyki, fajne niestandardowe o dość oryginalnych kształtach. Na jednym torcik, a na drugim firmowa szklanka z białym napojem w środku, a na wierzchu dużo bitej śmietany udekorowanej karmelem. Do tego dwie stylowe łyżeczki i firmowe serwetki. No i jedno małe coś - wygląda jak zapakowany cukierek. Oczywiście to także firmowe i uwaga - po niemiecku. No ale człowiek języki zna i wie co "schokolierte espresso-bohe" może znaczyć. Niemniej ta czekoladowa fasolka jakoś nie pasowała mi do białej czekolady.
Ale do rzeczy, bo stygnie. Czekolada ciepła, aksamitna i pyszna. Jednak mam nauczkę na przyszły raz - brać małą porcję, bo taka dawka zakleja dokumentnie. Dzieje się tak zwłaszcza, jeśli do czekolady bierze się torcik. Połączenie migdałów i czekolady, plus karmelu nazwano w CC mianem "snikers". Skąd taka nazwa nie wiem, bo z batonem całe szczęście nie ma prawie nic wspólnego. Jest pyszny, słodki, migdałowy i niewiarygodnie dobry.
Popijając i podjadając przeglądałem menu położone na stoliku. Rozbawił mnie tekst małym druczkiem umieszczony na dole karty: "Zastrzegamy sobie prawo do zmian, błędów w druku i pomyłek". Pozostawię to bez komentarza.
Wychodziłem z CC najedzony i zagrzany. Zadowolony może nieco mniej, bo lokal mnie nie zachwycił. Stwierdzam, że standard jest satysfakcjonujący. Nie będę też pisał dla kogo jest ten lokal, bo jeśli ktoś chce tylko napić się kawy lub czekolady, zjeść jakieś dobre ciastko, to będzie zadowolony. Jednak nie polecam nikomu kto ceni jednak od takiego miejsca czegoś więcej - fachowej obsługi, intymnego wnętrza, jakiejś magii.

Wydatki:
Biała czekolada ze śmietaną (średnia) 7,00 zł
Torcik migdałowo-czekoladowy 7,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +1
jedzenie: +5
czas: +5
wystrój: +1
czystość: +4

Ogólna ocena:

Coffeeshop Company
Łódź ul. Piotrkowska 84
tel. 0-606 75 03 81
CoffeeshopCompany.com


Wyświetl większą mapę

13 gru 2008

Varoska - u bratanków


Asia - Zziębnięci, w sobotni wieczór postanowiliśmy odwiedzić lokal nie w Manufakturze, gdzie tłumy poszukują prezentów gwiazdkowych, tylko gdzieś...
Igor - ... gdzieś nie na Piotrkowskiej. Przechodząc koło hotelu Grand skręciliśmy w ul. Traugutta i postanowiliśmy skosztować kuchni węgierskiej.
Asia - Aż mi się ciepło w żołądku zrobiło na samą myśl o jakimś ciepłym, sycącym gulaszu. Jednak gdy tylko weszliśmy do Varoski zrozumiałam, że chyba dziś tu nie zjemy.
Igor - W lokalu odbywała się jakaś impreza, zdecydowanie zamknięta dla osób z zewnątrz. Zanim się jednak odwróciliśmy na pięcie podeszła do nas kelnerka, z informacją, że może zadzwonić do Anatewki (ten sam właściciel) i tam nam zarezerwować stolik. A za to, że musimy iść tam, dostaniemy 25% zniżki. Kelnerka zaczęła więc dzwonić a my grzecznie czekaliśmy w przedsionku, żeby nie przeszkadzać gościom.
Asia - Wtedy podszedł do nas mężczyzna (nie kelner) i zaprosił do środka mówiąc, że dziś tutaj jest impreza jego przyjaciela, ale jeśli chcemy to koło baru jest taki mały stoliczek, który możemy zająć.
Igor - Nie protestowaliśmy zbytnio i tym samym znaleźliśmy się na imprezie zamkniętej. Chyba urodzinowej, bo potem śpiewano "100 lat".
Asia - Zajęto się nami bardzo szybko. Odwieszono nasze płaszcze na wieszakach, podano menu, zapalono świeczki... Szczerze powiedziawszy byłam już głodna, więc z apetytem przeglądałam menu, które zaczyna się daniami polecanymi przez szefa kuchni, potem wybór przystawek, zup, dań głównych, surówek, dodatków i deserów. W sumie 65 różnych pozycji.
Igor - No ale my zatrzymaliśmy się przy tym co poleca szef kuchni. Wszak restauracja węgierska, a szef polecał m.in. gulasze.
Asia - Ponieważ lubimy potrawy właściwe dla danej kuchni, ja wybierałam pomiędzy gulaszem warzywnym a gulaszem na czerwonym winie, o pomoc w podjęciu decyzji poprosiłam kelnerkę, która zdecydowanie rekomendowała ten drugi.
Igor - Ponieważ Asia wzięła pierwsze danie na które zwróciłem uwagę, aby zamówić coś innego do spróbowania, zdecydowałem się na Gulasz z kaczki a'la Król Batory.
Asia - W menu dodatki wymienione są osobno. Do wyboru kluseczki węgierskie (które doradziła mi kelnerka) czy kasza gryczana, ale także frytki, ziemniaczki opiekane czy normalne ziemniaki.
Igor - Mi kelnerka doradziła ziemniaczki opiekane. Tak się teraz zastanawiam co mnie podkusiło, aby do gulaszu nie wziąć np kaszy gryczanej, ewentualnie kartofelków z wody...
Asia - Na dworze było już zimno, my zmarznięci, zdecydowaliśmy się więc na zamówienie jakiegoś wina. W menu widnieje jedynie pozycja "wino czerwone". Poprosiłam więc o czerwone półwytrawne.
Igor - Ja zdecydowałem się na wytrawne. Którego nazwy w tym momencie już nie pamiętam.
Asia - Chwilę po tym jak na naszym stoliczku pojawiły się kieliszki z winem, podeszła kelnerka nalała nam aperitif nie z butelki, a z pipy w postaci długiej rurki zakończonej banią. Białe wytrawne wino.
Igor - Fajny gest, gdyby nie to, że na stole stały już kieliszki z zamówionym winem. Jedno białe, drugie czerwone...
Asia - Na pusty żołądek wina zaczęły działać wyjątkowo rozgrzewająco. Gdy już odtajałam na tyle aby się ruszyć do toalety, poszłam kilka kroków obok baru. Dość przestronnej, unisex łazienki, z ogromnym lustrem (na całą długość) i zapasem papieru toaletowego.
Igor - Kiedy Asia zostawiła mnie samego przy stoliku, zrozumiałem czemu dostaliśmy ten "okazyjny stolik". Był to jeden z dwóch w minipalarni. Tuż przy barku, schowany od reszty sali parawanem, służył jako miejsce schadzek palaczy. To co dla nich było przyjemnością i odskokiem od imprezy, dla nas miało stać się przez kolejną godzinę naszego pobytu normą.
Asia - No niestety, palaczy było kilku. Co dało się odczuć zwłaszcza po wyjściu. Ale wróćmy do tego co działo się jak już skończyliśmy białe wino. Kelnerka podeszła do mnie i postawiła przede mną trójnóg z moim gulaszem. Do tego na talerzu kluseczki i warzywna dekoracja.
Igor - No przede mną też stanął podobny trójnóg - sprytne trzymadełko, pod którego podwieszony był kociołek, tak sprytnie że wisiał nad zapalonym podgrzewaczem.
Asia - Dzięki temu przez cały czas gulasz był ciepły. A nakładaliśmy go małymi wazówkami wprost na talerze. Efektowne dla oka. Ilość gulaszu była wystarczająca - nie za duża, nie za mała. Przyjemnie zapełniająca żołądek, niezbyt pikantna.
Igor - Moja kaczka była smaczna. Ciekawa w smaku, niezbyt tłusta, lekko twardawa, a na końcu pozostawiała lekki piekący smak na języku. Tylko te opiekane ziemniaczki, nijak mi się komponowały do kawałków mięsa i sporej ilości sosu.
Asia - Jeszcze zanim ostatecznie wybraliśmy danie główne w menu wpadły nam w oko desery. Ponieważ zaś po gulaszu czuliśmy, że jeszcze mamy miejsce w żołądkach, a palaczy akurat nie było, więc ja z menu poprosiłam o kulę naleśnikową z bitą śmietaną.
Igor - Tak, postanowiliśmy zaryzykować. Zwykle mieliśmy nie najlepsze doświadczenia, zwykle po fenomenalnym jedzeniu dostawaliśmy niejakie desery. Ja postanowiłem wziąć Palacinki z mielonymi orzechami i gorącą czekoladą.
Asia - Po kilku minutach kelnerka postawiła na stole dwa talerze. Jeden pełen bitej śmietany. Z czubkiem! Całość polana sosem ajerkoniakowym. Ogromna porcja. Pod pierzynką ze śmietany ukryty był naleśnik, a pod nim jeszcze pokaźna kulka lodów waniliowych. Rozkosz dla podniebienia.
Igor - Asi deser był biały, duży i zimny - mój to jego zaprzeczenie. Kilka naleśniczków (po węgiersku "palacinków"), które owijały mielone orzechy, a wszystko oblane ciemną czekoladą. Całość ciepła i pachnąca. Wszystko smakowało wyśmienicie.
Asia - O ustawieniu i ilości miejsc nie możemy zbyt wiele napisać, gdyż podczas naszego pobytu stoły były zestawione razem. Możemy troszkę za to opowiedzieć o pozostałym wystroju.
Igor - Z zewnątrz kamienica nie wyróżnia się jakoś specjalnie spośród typowej łódzkiej architektury. Natomiast wnętrze stylizowane jest nieco na dwudziestolecie międzywojenne. Witraże w przedsionku, podobne stylowo przy barku i w głównej sali. Wszystko niemal jak od Tiffaniego.
Asia - Pod sufitem są półki ze starymi butelkami i dzbankami. Na ścianach obrazy. Za barem dyskretne półki z alkoholem. W kilku miejscach kiście papryczek chili oraz czosnku.
Igor - Ogólnie węgierski klimat. Całe szczęście że można dogadać się z obsługą.
Asia - Dla kogo jest Varoska?
Igor - Z pewnością nie jest to restauracja dla ubogiego studenta. Nie jest to też najwyższa półka, na którą mało kogo stać. Miejsce jest w centrum, a jednocześnie nieco na uboczu. Jeśli ma się wystarczająco dużo szczęścia, można zaparkować autko tuż pod lokalem.
Asia - Określiłabym Varoske jako lokal na "specjalne okazje", choć zapewne są tacy, którzy mogliby jadać tam codziennie. Na jakieś biznesowe spotkanie w niedużym gronie jak znalazł, na imieniny, itp.
Igor - No i przy odrobinie szczęścia, drzwi Wam otworzy i zaprosi do stolika sam właściciel - Paweł Zyner.

Wydatki:
Budapesztański gulasz na czerwonym winie 26,00 zł
Gulasz z kaczki a'la Król Batory 32,00 zł
Kluseczki 5,00 zł
Ziemniaczki opiekane 4,00 zł
Kula naleśnikowa z bitą śmietaną 10,00 zł
Palacinki z mielonymi orzechami i gorącą czekoladą 12,00 zł
Wino czerwone 6,00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +3
jedzenie: +5
czas: +5
wystrój: +4
czystość: +4


Ogólna ocena:

Restauracja Varoska
Łódź, ul. Traugutta 4
tel. 042-632 45 46
www.varoska.pl


Wyświetl większą mapę

16 lis 2008

Flunch - na lunch


Igor - Będąc na zakupach w Manufakturze dopadł nas głód. Nie mieliśmy jednak weny na restaurację, a jednocześnie nie chcieliśmy jeść jakiegoś zwykłego fast-fooda.
Asia - Zawitaliśmy więc do baru(?) Flunch. Znajduje się on na piętrze z jedzeniem (tzw. food court) w samym rogu.
Igor - Mówi się, że Flunch to francuska odpowiedź na amerykański fast food.
Asia - Fakt, francuska kuchnia jest bardziej wyszukana. Tak więc i w tym lokalu znajdujemy bardziej wyszukany sposób montowania menu.
Igor - Bierze się bowiem tacę, obchodzi stoiska z sałatkami, ciepłymi daniami, pizzą, napojami i wybiera to na o ma się ochotę. Ze skompletowanym daniem podchodzi się do kasy, gdzie kelnerka sumuje wszystko.
Asia - My mieliśmy ochotę na coś małego, więc przyjrzeliśmy się sałatkom. Do wyboru kilka rodzajów, z mięsem i bezmięsne. Wszystkie wyglądające i pachnące bardzo zachęcająco.
Igor - Mimo że jest tu samoobsługa, to jednak można mieć kontakt z obsługą - jeden z kucharzy miło nas przywitał. Można do nich także zagadać, a jeśli nie jest się pewnym jakiegoś dania, można poprosić o bezpłatną degustację (nie dotyczy napojów).
Asia - Na ulotkach Flunch chwali się także, że jeśli upuścisz danie na terenie bistro, to bezpłatnie dostaniesz nową porcję. Każdego dnia można także spróbować min. 2 sałatki i co najmniej kilka rodzajów pizzy (próbowałam wcześniej pizzę-pieroga, bardzo smaczny).
Igor - Ze skompletowanymi sałatkami podeszliśmy do kasy przy której skusiliśmy się jeszcze na bułeczki. Kelnerka zważyła nasze dania i podała kwotę do zapłaty.
Asia - Grzecznie zapłaciliśmy i udaliśmy się na "stołówkę" szukać wolnych miejsc - bo niestety nie jest łatwo znaleźć pusty stolik w tej części Manufaktury.
Igor - I co można powiedzieć o sałatkach. Z pewnością są świeże i smakują wyśmienicie. Bułka, niestety mnie zawiodła. Była na wpół czerstwa. Niemniej smakowała dobrze i fajnie komponowała się z sałatką.
Asia - Jedna z moich sałatek była z kurczakiem - smaczna, soczysta i jednocześnie ciężka. Drobna przestroga: jeśli macie ochotę na lekki (także finansowo) lunch, to uważajcie na gramaturę.
Igor - Ja także wziąłem sobie kilka rodzajó sałatek. Jedna z nich, z brokułami blanszowanymi, była rewelacyjna. No ale pozostaje jeszcze jeden feler - wszystko podawane jest w plastikowych naczyniach, plastikowymi sztućcami na plastikowych tacach.
Asia - Igor, nie przesadzaj. To nie są takie zwykłe plastikowe sztućce jak z przydrożnych barów czy chińskich budek. Te kształtem i twardością przypominają takie normalne, domowe. Tyle, że nie metalowe tylko jednorazowe.
Igor - W ofercie Fluncha poza jedzeniem, można także znaleźć różne rodzaje kaw, lody w kilkunastu smakach oraz ciastka. Ceny nie należą do najniższych jak na taki asortyment, ale sądzę że każdy może odszukać coś dla siebie.
Asia - Polecam Flunch jako smaczną alternatywę dla amerykańskich sieci. Też jest szybko (a nawet szybciej, bo nie ma takich kolejek), a o ile smaczniej.

Wydatki:
Sałatki na wagę (100 g) 3.00 zł
Bułeczka 0.9 zł
Ice Tea red 4.90 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +2
jedzenie: +4
czas: +4
wystrój: +1
czystość: +5

Ogólna ocena:

Restauracja Bistro Flunch
Łódź, ul. Karskiego 5
Manufaktura
tel. 042-634 86 75



Wyświetl większą mapę

6 wrz 2008

Malinowa - wspomnień czar


Igor - W sobotnie popołudnie, chodząc po Piotrkowskiej, postanowiliśmy zawitać do Malinowej. Ale nie do restauracji, która znajduje się w zabytkowych wnętrzach Grand Hotelu, ale do małej kawiarni ulokowanej na samym rogu Piotrkowskiej i Traugutta. Malinowa brała udział w naszej sądzie. Zajęła drugie miejsce, stąd odwiedziliśmy tylko kawiarnię zamiast samej restauracji.
Asia - Nie wiem czemu, zazwyczaj w pośpiechu omijałam ten lokal, a chcąc napić się kawy szukałam jakiejś sieciowej kawiarni... Okazało się, że pod nosem mam całkiem fajną, spokojną kawiarnię.
Igor - No właśnie, czy to jest kawiarnia czy jeszcze cukiernia? Bo jakiegoś wielkiego wyboru kaw tu nie uświadczysz, za to można wybrać kilka rodzajów słodyczy.
Asia - Mnie wpadła w oko soczyście czerwona tartoletka - babeczka z truskawkami i galaretką truskawkową, a ponieważ to kawiarnia, więc najbardziej odpowiednie wydało mi się lekkie cappuccino.
Igor - Ta wrześniowa sobota była wyjątkowo ciepła. Nie miałem więc ochoty na nic ciepłego, zadowoliłem się jedynie ciastkiem. Najbardziej odpowiednim do miejsca, z racji "peerelowskiej" nazwy, wydała mi się WuZetka. Swoją drogą, bardzo lubię to ciastko, a że mało kto potrafi zrobić dobrą, to była okazja do przetestowania.
Asia - Prócz takich słodkości do nabycia są także inne, apetycznie wyglądające ciastka, oraz lody. Co więcej nie trzeba skonsumować tych słodyczy na miejscu, można kupić "na wynos".
Igor - Wszystko zamawia się przy podłużnej ladzie, która ciągnie się niemal od samego wejścia, aż po koniec sali. Tak czy inaczej, wszyscy bez wyjątku czy przychodzą na ciastko jak my czy po ciastko na wynos, muszą podejść do lady i zamówić. Obsługiwała nas miła Pani, która z uśmiechem na twarzy przyjęła od nas zamówienie i opłatę, bo płaci się od razu na wstępie.
Asia - Wiele osób w Malinowej nie usiądzie. Ale te miejsca które są - są wystarczająco wygodne, oraz zapewniają intymność rozmowy.
Igor - Usiedliśmy przy jednym z nich i czekaliśmy na nasze zamówienie. W tym czasie mieliśmy trochę czasu aby porozglądać się po wnętrzach.
Asia - Bynajmniej nie jest to wystój z XXI wieku. Na ścianie na przeciwko wejścia - ogromna mozaika. Na suficie żyrandole pamiętające poprzednią epokę. Fotele całkiem nowoczesne, ale wszystko jest spójne. Wchodząc do lokalu ma się wrażenie, że czas się zatrzymał i że nie dotyczą nas sprawy toczące się na zewnątrz.
Igor - No ale koniec z tym rozglądanie, na naszym stoliku pojawiły się smakowitości. Przede mną na talerzyku torcik W-Z, nie za wielki ale pachnący i wyglądający bardzo smakowicie. U Asi czerwoniutka i śmiejąca się świeżością truskawek tartoletka.
Asia - No właśnie, śmiejąca się świeżością... Tartoletka wyglądała przecudnie, ładnie przy tym pachniała. Jeśli zaś chodzi o zmak - była w porządku. Nie zachwyciła mnie, ani nie rozpłynęła się w ustach. Była wystarczająco słodka, chłodna - w sam raz na upalny dzień.
Igor - Za to moja WuZetka... mniaaammmm! Pyszności, wręcz mistrzostwo świata! Jeśli ktoś gustuje w pysznie dobranych składnikach, a przede wszystkim docenia smaczną piankę, zamiast jakiś tłustych dekoracyjnych świństw, to powinien spróbować tego ciastka. Przy czym jest jedna wada tego ciastka - za szybko się kończy.
Asia - Jako, że byliśmy w kawiarni - wspomnę jeszcze o kawie. Lavazza, z ciśnieniowego ekspresu, z ogromną ilością cudownie spienionego mleka. Do tego dwie saszetki cukru: białego i trzcinowego - brązowego. O kawie powiem tylko tyle: pychotka!
Igor - W kawiarni można spędzić dowolną ilość czasu. Można poczytać gazetki, można też popatrzeć na ludzi chodzących po Piotrkowskiej. Ale można też wejść na chwilkę, na kawkę lub ciastko. Można tu wpadać nawet codziennie... o ile wytrzyma to nasza kieszeń.
Asia - Bo niestety ceny nie należą co najniższych. O ile cennik napojów jest standardowy (kawa od 6 do 10 zł) tak 7 zł za małą tartoletkę wydaje mi się być przesadą. Już 4,50 zł za W-Z jest wysoką ceną, ale przy przepysznym smaku, do przełknięcia.
Igor - Ale myślę, że i tak warto czasem wpaść do tej kawiarenki. Słodka odskocznia należy się każdemu.
Asia - Malinowa to lokal na spokojne, babskie pogaduchy przy pysznym ciastku. Biznesowego spotkania tam sobie nie wyobrażam - może dlatego, że na taką słodką rozpustę można sobie pozwolić tylko przy dobrze znanych osobach...

Wydatki:
Tartoletka 7.00 zł
Torcik W-Z 4.50 zł
Cappuccino 6.50 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: 4
jedzenie: 4
czas: 5
wystrój: 3
czystość: 4


Ogólna ocena:


Kawiarnia "Malinowa"
Łódź, Piotrkowska 72
tel. 0-42 633 99 20


Wyświetl większą mapę

PokazuJemy czytelników strony