4 lis 2008

The Mexican - adios smak


Igor - Ta restauracja istnieje na łódzkim rynku od wielu lat. Dotychczas bywaliśmy w innej meksykańskiej restauracji "Hola Amigo". No ale nic nie trwa wiecznie i niestety lokal przy ul. 6 Sierpnia 2 zmienił swoje oblicze i nie jest już tym samym lokalem.
Asia - Zawitaliśmy więc za róg, do The Mexican, zwanej po prostu "meksikaną". Jest to lokal w podwórzu przy ul. Piotrkowskiej 67, tam gdzie znajduje się kino Polonia, "Fashion Cafe" (dawne "Pret a cafe") i pizzeria Presto.
Igor - Weszliśmy do środka przez drzwi niczym z westernu. I niemal od samego wejścia przywitał nas kelner przebrany za cowboya. Spytał się, czy życzymy sobie miejsca dla dwojga i wskazał ręką proponowane miejsce przy oknie. My jednak mieliśmy ochotę iść na piętro.
Asia - Dodajmy, że swoje przywitanie zaczął od sformułowania "Hola Amigo!", gdy weszliśmy na piętro dokładnie te same słowa usłyszeliśmy od obsługującej tam kelnerki. Zajęliśmy wolny stolik i po chwili podeszła do nas kelnerka, która podając karty przedstawiła się i powiedziała, że dziś będzie nas obsługiwać. Podczas naszego testowania jeszcze się z takim powianiem nie spotkałam.
Igor - Usiedliśmy sobie w takim miejscu, że widzieliśmy niemal całą salę. Widzieliśmy każdego kto wchodził po schodach, na których nota bene stały cmentarne znicze - to niedopałki po Halloween.
Asia - Widać, że w lokalu świętowano z tej okazji, gdyż prócz normalnego meksykańskiego wystroju, butelek, ogłoszeń typu "poszukiwany" (ang. "wanted"); na ścianach, schodach i pod sufitem widać było pseudo pajęczyny.
Igor - No ale ok, wróćmy do obsługi. Na piętrze obsługiwała para - kelner w amerykańskim kapeluszu i kelnerka wyglądająca jak... no jak pani z saloonu. Wygląda efektownie, ale jakoś w restauracji tego nie czuję. Ma to odciągać wzrok od jedzenia, czy jeszcze coś innego? Ważne że charakterystycznie? Tak czy inaczej nasza kelnerka przyniosła nam po dwie karty. Czekaliśmy na nią około 5 minut.
Asia - Moja karta składała się z dwóch kartek formatu A4 ze spisem dań i napojów, oraz wąskiej kartki z drinkami (włożonej luzem do tamtej).
Igor - Ja dodatkowo miałem jeszcze kartę z alkoholami i deserami. A na czas wertowania menu, otrzymaliśmy mały pojemniczek z trójkątnymi chipsami z kukurydzy - nachos, podane wraz z sosem salsa. Miło się chrupało.
Asia - Dość szybko doszłam do wniosku, że mam ochotę na kurczaka. Wybrałam Chimichangę czyli pszenną tortillę z polędwicą robiową, mozzarellą, ryżem paila i sałatką. Chociaż do tj pory nie wiem jak to wymówić ;-)
Igor - No a ja miałem nie lada problem na co się zdecydować. Postanowiłem zrobić to samo, co kiedyś w Istambule - wybrałem duży talerz z różnymi rodzajami mięsa. W zestawie Mix mex są żeberka z grilla, pikantne skrzydełka, mięso mielone w tortilli, ziemniaki zapiekane z serem i surówka. Stwierdziłem, że takie różnorodne mięsiwa pozwolą mi w pełni ocenić co w Mexicanie serwują.
Asia - Do tego wybraliśmy napoje gazowane, które w The Mexican nalewa się samodzielnie z dystrybutora, tak więc dostaje się szklankę i leje ile się chce. Gdy kelnerka przyjmowała zamówienie zapytała o stopień ostrości mojego dania. Do wyboru miałam: ostry, bardzo ostry i łagodny. Zdecydowałam się na ten ostatni.
Igor - U mnie wyboru ostrości już najwyraźniej nie ma. Kelnerka przyjęła zamówienie, zabrała karty menu i zniknęła. Ja stwierdziłem, że to czas na poszukanie toalety. Poszedłem więc w kierunku, który wskazywała tabliczka z napisem "toaletos". No to poszedłem w ten korytarzyk, a tam kolejna łamigłówka i radosna twórczość z nazewnictwem. Ok, może staroświecki jestem, ale lubię wiedzieć jakie drzwi otwieram. A łatwe to nie jest, tym bardziej że w tym korytarzyku naliczyłem 7 par drzwi. Zaglądałem niemal za każde, a to łazienka damska, a to męska, a to dla obsługi, a to jakiś schowek, dopiero na końcu znalazłem toaletę. Wszystkie wejścios były stylizowane na westernowe wychodki.
Asia - Ja w tym czasie obserwowałam lokal. A konkretnie dodatki. Np. obrusy - papierowe kwadraty, wymieniane po każdych gościach, świeczki na stołach i czytałam sobie menu. W części z alkoholami znalazłam zapis, że zamawiając jeden z trunków otrzymuje się razem z kompanem do picia. Byliśmy we dwójkę, więc nie sprawdzaliśmy tego, ale opcja jest ciekawa.
Igor - Ale właśnie, te papierowe obrusy. Doceniam, że każdy klient dostaje nowy (oby), ale wiecznie klejący się do rąk papierzysko, nie jest czymś przyjemnym. W menu wyczytałem także, że jeden z deserów podawany jest przez tajemniczego Zorro. Kiedyś słyszałem od znajomego, że jeśli zamówi się to danie, gasną światła a na salę wpada przebrany kelner a reszta bije mu brawo... Jako że my staramy się iść do knajp po jedzenie i zwykle "testuJemy", nie zdecydowaliśmy się na te cyrkowe popisy.
Asia - Po około 20 minutach od zamówienia na stole pojawił się talerz z moją "Chimichangą". Talerz dość nietypowy bo w kształcie ośmiopłatkowego kwiatka. Na środku z ogromną tortillą, zawiniętą jak duży krokiet. Po obu stronach z surówką z białej kapusty, śmietaną i sosem. Całość wyglądała nietuzinkowo.
Igor - Ponieważ mojego dania jeszcze nie było, wziąłem dwie puste szklanki i poszedłem do dystrybutora. Fajny gadżet, gdyby nie to że nalewany napój strasznie się pienił i musiałem nalewać na raty - trochę piany, odczekać aż opadnie, znowu piana itd. Wróciłem do stolika i w tym samym momencie podeszła kelnerka z moim daniem. Było podane na ogromnym półmisku.
Asia - Moja tortilla była chrupiąca, ciepła, środek był wyjątkowo łagodny. Kwaśna śmietana urozmaicała smak, ale nie jestem wielbicielką takiego połączenia. Smaczna była także surówka. Świeża, chrupiąca, mile oczyszczająca kubeczki smakowe.
Igor - Nie wiedziałem za co się zabrać, mając w pamięci adnotacje z menu "ponoć najlepsze żeberka w mieście", postanowiłem zacząć właśnie od tego rodzaju mięsa. Powiem tylko tyle - świetne... jako podkład do picia dużej ilości wódki. Takich tłustych żeberek nie jadłem chyba nigdy w życiu. Ludzie, gdzie wy to kupujecie? Straszne, kość tłuszcz, trochę mięsa - tłustego. Smaku nie oceniam bo i nie doceniam czegoś czego nie ma.
Asia - Postanowiłam dopić mojego sprite i uzupełnić szklankę. Jednak od samego początku coś mi nie pasowało w smaku. Mocno gazowany, mało słodki... taki mało-spritowy. Nie ośmielę się powiedzieć, że to nie był sprite. Może po prostu proporcje przy dystrybutorze zostały źle ustawione.
Igor - Ja zabrałem się za kolejne mięsko w zestawie - mielone. Nie no rewelacja! Pyszne, soczyste, o fajnym smaku. Tu choć czuć że dodano jakieś przyprawy. W tym momencie przyszła kelnerka z miseczką wody i kilkoma cytrynami w środku - to gdyby zdecydował się pan jeść skrzydełka rękoma - dodała. W takim razie spróbowałem skrzydełek. No i znów to samo. Czy tu przychodzi się jedynie pić, a jedzenie służy za zagryzkę do alkoholu? Naprawdę, uwielbiam skrzydełka, ale te "demeksikańskie" były przeraźliwie tłuste. I szczerze powiedziawszy współczuję restauracjom, które kupują drób tak paskudnej jakości. Nic, nawet przyprawy, nie mogły sprawić żeby te skrzydełka mi jeszcze zasmakowały.
Asia - Nie będę się tak rozpisywać o swoim daniu, bo choć porcja pokaźna, to bez rewelacji i zaskoczeń przy każdym kęsie. Słowo więc o muzyce sączącej się z głośników. Kubańsko-meksykańskie rytmy. W klimacie, spokojne, niezbyt głośne, pozwalające na swobodną rozmowę.
Igor - Na moim półmisku pozostał jeszcze niespróbowany ziemniak zapiekany z serem. Przepołowiony duży kartofel, z położonym na wierzchu zasmażanym serem. Fajny smak, choć ziemniak wole jak jest nieco bardziej miękki. Na koniec surówka, nic specjalnego ale smakowała na świeżą i była soczysta.
Asia - O ile na początku pobytu w The Mexican miałam ochotę na deser, to po skończeniu dania, po prostu brakło na niego miejsca. Poprosiliśmy więc kelnerkę o rachunek.
Igor - Ja podobnie. Po takim tłustym żarciu, to żaden deser nie pasuje. Kelnerka po chwili wróciła z etui - w środku poza wydrukiem, był także rachunek i ulotka reklamowa.
Asia - Na rachunku ręcznie dopisany tekst "Dziękujemy, adios" i słoneczko. Pozytywna sprawa. Uśmiechnęliśmy się choć rachunek nie należał do najniższych. Zostawiliśmy należną kwotę i nie czekając na resztę zaczęliśmy wychodzić. Przy drzwiach na dole ponownie spotkaliśmy cowboya, który mile nas pożegnał i zaprosił do ponownych odwiedzin.
Igor - Ogólnie wizyta jak medal - ma dwie strony, zupełnie różne. Jedna to obsługa, a drugi to jedzenie. Czy mi się podobało i tam wrócę? Z punktu widzenia osoby chcącej dobrze zjeść, to wyszedłem kompletnie niezadowolony, a im więcej czasu mijało tym czułem się coraz gorzej. Jeśli miałbym iść na męski wieczór tylko dla miłej obsługi... być może, o ile nie trafilibyśmy na jakiegoś cowboya ;-)
Asia - W sumie jest to chyba lokal na pogaduchy przy mocnych trunkach. Choć gruchające gołąbki przy małych stolikach także widziałam. Polecam na wypad większą ekipą na kolację z procentami; wtedy trzeba zamówić ten deser z Zorro - będzie wesoło, będzie co wspominać. Czy będzie smacznie? To zależy od gustu.

Wydatki:
Chimichanga de pollo 16.50 zł
Mix mex 29.90 zł
Napój 5.00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +5
jedzenie: -1
czas: +5
wystrój: +3
czystość: +4


Ogólna ocena:


Restauracja The Mexican
Łódź, ul. Piotrkowska 67
tel. 042-633 68 68
www.mexican.pl


Wyświetl większą mapę

24 paź 2008

Gęsi Puch - smaczna kakofonia


Asia - W głosowaniu prowadzonym przez cały wrzesień, wybraliście restaurację Gęsi Puch. Ponad 50% czytelników stwierdziło, że powinniśmy odwiedzić ten lokal. W październikowy piątek, bez wcześniejszej rezerwacji, wybraliśmy się w okolice osiedla akademickiego Politechniki Łódzkiej.
Igor - Bo restauracja ta znajduje się na skrzyżowaniu Al. Politechniki i ul. Radwańskiej, w budynku pofabrycznym. Każdy jeżdżący w tych okolicach, bez trudu namierzy ten lokal, bo wejście znajduje się od strony ulicy.
Asia - Weszliśmy, choć nie wiedzieliśmy czego się spodziewać... budynek fabryczny, okolica studencka, nazwa jak dla karczmy. Zaraz jednak po przekroczeniu progu Gęsiego Puchu zrozumieliśmy skąd "gęsi" w nazwie. Przed nami znajdowały się dwie OGROMNE gęsi - tak na oko 2,5 metra. Przyznam, że intrygująca dekoracja.
Igor - Kicz okrutny, niczym pojazdy dla zakochanych w parku rozrywki. Ale dalej już nie było tak łatwo aby ocenić styl wystroju lokalu. No ale zanim zaczęliśmy się na dobre rozglądać po jednej sali, podeszła do nas managerka i grzecznie przywitała. Od razy wypytała się dla ilu osób potrzebny jest stolik, czy chcemy usiąść przy piecu opalanym drewnem, czy może gdzie indziej. Opcji aby wejść na pierwsze piętro nie było - tego dnia odbywała się tam impreza zamknięta - jak się później okazało jakieś urodziny.
Asia - Wybraliśmy stolik z boku sali i już po chwili podeszła do nas kelnerka podając menu i od razu zabierając zbędne kieliszki (stolik przygotowany był na więcej osób). Menu to kartka A3 złożona na pół. Wybór niezbyt imponujący.
Igor - W menu można znaleźć 5 rodzajów zup, 8 przystawek, 3 rodzaje pierogów, 9 dań głównych i 5 deserów. Plus napoje zimne, ciepłe i alkohole.
Asia - Ceny od 8 zł do ponad 50 zł za jedno danie. Lokal ewidentnie nie jest nastawiony na studencką kieszeń. Dość szybko wybraliśmy dania dla siebie. Ja zdecydowałam się na filet ze szpinakiem i grzybami w sosie pomidorowym, z ryżem i surówką z białej kapusty z ogórkiem.
Igor - Ja stwierdziłem, że zjem rybkę - łosoś z pure, a do tego blanszowane warzywa. W menu nie było win, więc gdy podeszła do nas kelnerka, spytałem się czy w lokalu serwowane są też jakieś wina. Kelnerka od razu stwierdziła, że zaraz przyniesie kartę win, co powiedziała zaraz uczyniła.
Asia - Gdy Igor wybierał dla siebie wino, ja zdecydowałam się na herbatę. Wybraliśmy po prostu stolik przy oknie i coraz bardziej czułam, wiejący od niego chłód.
Igor - No właśnie, to bardzo dziwne. Na dworze nie ma jeszcze mrozów, a czułem się jakby było co najmniej 20 stopni poniżej zera. Kelnerki opatulone chustami, widać było po nich że niska temperatura w lokalu to normalność. I nawet ten opalany drewnem piec nie dawał rady - w restauracji panował przejmujący chłód.
Asia - Chwilkę tak siedzieliśmy, gdy nagle podeszła do nas inna kelnerka z pytaniem czy nasze zamówienie zostało już przyjęte. Ponieważ nie, zaproponowała zapisanie naszych wyborów, a Igorowi dodatkowo pomogła w wyborze najbardziej odpowiedniego wina.
Igor - Zamówiliśmy dania które wybraliśmy, ale o wino wolałem spytać. W karcie tylko dwie pozycje były serwowane na kieliszki, resztę można było kupić jedynie na butelki. Spytałem się więc, które wino kelnerka by mi poradziła. Niestety, nie była w stanie powiedzieć mi nic poza to co wyczytałem w karcie. Zamówiłem więc lampkę Mederano blanko.
Asia - Korzystając z chwili przerwy odwiedziłam toaletę. Zdecydowanie nową, lśniącą, pachnącą i chłodną (od okien). Widać, że ktoś projektując ten lokal nie szczędził pieniędzy na wyposażenie.
Igor - Kiedy i ja wróciłem z równie wypicowanej toalety, na stole czekała na nas przekąska. A był to mały kawałek z jednej strony przypieczonego pysznego pieczywa, a do tego twarożek.
Asia - W sam raz na przeczekanie, oszukanie żołądka i podsycenie apetytu. Po dłuższej chwili kelnerka podała nam nasze napije oraz sztućce... i gdy już chciałam sięgnąć po cukier, sądząc, że na dania jeszcze trochę poczekamy, podeszły do nas obie kelnerki niosąc nasze dania.
Igor - WOW! To pierwsze wrażenie. Pięknie podane, kuszące zapachem, wyglądem i sposobem przygotowania, plus małe niby nic nie znaczące dodatki. Mój łosoś położony był na kupce tłuczonych ziemniaków (nazwanych szumnie pure), reszta talerza udekorowana polanym sosem pomarańczowym i czekoladowym. Warzywa blanszowane, podane były w osobnym półmisku. Do tego sosjerka z sosem pieczarkowym.
Asia - Na moim talerzu uwagę przykuwał kieliszek, w którym schowany był ryż (mieszanka białego i dzikiego). Kelnerka odkryła go dopiero gdy danie stało przede mną. Dwa filety z kurczaka nadziane farszem szpinakowo-grzybowym, do tego sałatka na osobnej miseczce. Wszystko ciepłe, pachnące i zachęcające do jedzenia. Smak nie rozczarowywał. Wszystkie zmysły mówiły mi: "tak, to jest smaczne".
Igor - I wszystko smakowałoby jeszcze bardziej gdyby nie mały mankament - przez wspomnianą wcześniej niską temperaturę, musiałem jeść dość szybko, bo niestety jedzenie stygło w oczach.
Asia - Gdy już mieliśmy okazje skosztować każdego elementu naszych dań podeszła managerka lokalu z pytaniem czy nasze potrawy nam smakują. Przy czym mnie zapytała wprost czy smakuje filet, a Igora, czy łosoś... Słowem nie będąc przy składaniu zamówień wiedziała co jemy.
Igor - To było miłe, że obsługa się pyta czy smakuje. Bardzo to lubię, bo odczytuje to jako wyraz szacunku dla klienta. Może i każdego pytają, ale miłe. Niemniej po kolejnych kilkunastu kęsach podeszła pierwsza z kelnerek z tym samym pytaniem. Znów z uśmiechem, a my znów odpowiedzieliśmy że przepyszne. Jednak gdy po jakimś czasie podeszła i druga z kelnerek, znów pytając czy nam smakuje, zaczęło mnie to bawić. Czy aby oni nie są pewni czy podali nam smaczne potrawy?
Asia - Po skończonym daniu stwierdziłam, że danie i herbata troszkę mnie rozgrzały, więc może warto spróbować deseru. Zabierającą naczynia kelnerką poprosiliśmy więc o menu i bez większego wahania wybraliśmy Chatkę Baby Jagi oraz gruszkę gotowaną w klarze z sosem cynamonowym z kwaśną śmietaną lub sosem waniliowym.
Igor - Teraz, będąc najedzeni, nieco rozgrzani napojami, oczekując na deser, mieliśmy czas aby porozglądać się po wnętrzu. Wspomniane na początku, witające od samego progu kiczowate gęsi, mieliśmy cały czas na widoku. Jak już wspomniałem, z pozostałą częścią wystroju, już nie jest tak łatwo.
Asia - Doszliśmy do wniosku, że w tym lokalu nałożone są na siebie trzy rozłączne style. Elegancki (kryształowe żyrandole, stoły z obrusami i kieliszkami, krzesła, toalety), wiejski (drewniane schody, bar, coś na kształt fontanny) i fabrykancki... w zasadzie zostały tylko mury i słupy. Elementem dodatkowym są wspomniane już gęsi, gęsi puch porozrzucany tu i ówdzie oraz telewizor (na szczęście umieszczony w dyskretnym miejscu).
Igor - I powiem szczerze, że z wystrojem, z jego oceną mamy największe problemy. Bo jakość, smak i sposób podania jedzenia jest bezapelacyjnie świetny i godny polecenia. Obsługa wyśmienita - dyskretna, fachowa i taktowna. Ale wystrój, można określić eklektycznym, o ile wszystkie jej elementy byłyby równie dobrej jakości. Niemniej kiczowate tytułowe gęsi i ich porozsypywany puch, są... prowincjonalne.
Asia - Wróćmy jednak do naszego deseru, którego nadal (po 30 minutach) nie było... Nerwowo zerkaliśmy w stronę kuchni, która jest otwarta na restaurację, więc można podejrzeć, co akurat jest przygotowywane. Znów zrobiło nam się chłodno. A deserów na horyzoncie nie było. Gdy już prawie porzuciliśmy nadzieję, podeszła kelnerka z dwoma talerzami... i zrozumieliśmy dlaczego trzeba było tyle czekać.
Igor - No właśnie. Można by pomyśleć, że deser jak deser, coś słodkiego i już. Niemniej tutaj nasze dania wyglądały jak małe dzieła sztuki, sztuki kulinarnej.
Asia - Moja gruszka znajdowała się na środku głębokiego talerza, oblana sosami, przykryta kratką z karmelu, pachnąca cynamonem.
Igor - A moja chatka, miała wdzianko z nici karmelowych. Obok na talerzu gustownie rozlane sosy, czekoladowy i wiśniowy. Do tego kilka kandyzowanych wisienek.
Asia - Gdyby było cieplej w Gęsim Puchu, pewnie posiedzielibyśmy troszkę dłużej i może skusili się na kolejny deser. Jednak chłód od okien i drzwi oraz rozpoczynające się na górze urodziny (z mocnym nagłośnieniem i wodzirejem zachęcającym do odśpiewania kolejnych życzeń) skłoniły nas do poproszenia o rachunek.
Igor - Zaraz pojawiła się kelnerka, która oczywiście upewniła się że nam smakowało. Poprosiliśmy o rachunek, a kelnerka spytała się czy chcemy zapłacić gotówką czy kartą. Po chwili przyniosła nam pudełeczko z rachunkiem w środku.
Asia - Dla kogo jest to lokal? Podczas naszej wizyty odbywały się tam 3 imprezy - jedna na piętrze, dwie na parterze (na 5 i 8 osób), stwierdzam, że goście powinni być zadowoleni, gdyż obsługa robiła co mogła aby goście byli usatysfakcjonowani. Można tam też zajrzeć na obiad/ lokację we dwoje (stolik przy kominku). Również rodzice z małymi dziećmi nie powinni się obawiać - Gęsi Puch posiada stoliczki dla najmłodszych klientów. Najmniej widzę tam spotkanie biznesowe - każdego kontrahenta będzie rozpraszała gęś.
Igor - Dwie gęsi! Aha, i takie niestety mało spotykane zachowanie w polskich lokalach - w Gęsim puchu się nie pali. Kto chce przykurzyć dymka musi wyjść na zewnątrz lokalu.

Wydatki:
Filet ze szpinakiem 26.00 zł
Łosoś w sosie 27.00 zł
Chatka Baby Jagi 10.00 zł
Gruszka gotowana 9.00 zł
Herbata 4.00 zł
Mederano blanko 8.00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +5
jedzenie: +5
czas: +4
wystrój: +2
czystość: +5


Ogólna ocena:


Gęsi Puch
Łódź, ul. Stefanowskiego 17 (przy al. Politechniki)
tel. 0-42 651-99-99



Wyświetl większą mapę

16 paź 2008

Papa lolo - historyczna pizza


Asia - Już jakiś czas temu Igor wspominał, że chętnie odwiedziłby najstarszą pizzerię w Łodzi - Papa lolo. Postanowiłam zrobić mu niespodziankę, i popołudniowy spacer pokierować tak abyśmy mogli tam zawitać.
Igor - Pizzeria ta powstała 30 lat temu, co skrzętnie podkreśla się na każdym kroku - zwłaszcza na ulotkach i witrynie.
Asia - ... a witryna wygląda jak ze sklepu mięsnego, takiego jaki jest obok. Chyba przez tę witrynę niewiele osób do końca zdaje sobie sprawę, że ta pizzeria znajduje się dokładnie na rogu ul. Piotrkowskiej i ul. Wigury.
Igor - 30 lat tradycji zobowiązuje i w sumie fajnie, że lokal nie przeszedł jakiejś całkowitej metamorfozy. No ale trochę zdecydowania by się przydało, bo wnętrze to totalny misz-masz.
Asia - Zacznijmy od sufitu - zamaskowanego siatką wojskową, do tego podwieszone koła od wozu i żyrandole z greckim wzorkiem. Poszczególne stoliki oddzielone od siebie drewnianymi przegrodami, a zamiast krzeseł są ławy. Na jednej ze ścianie reklama "trink coca-cola", przy barze wiele mrugających reklam i wielki telewizor z włączonym kanałem muzycznym.
Igor - Na jednej ze ścian plakat dużego formatu autorstwa Andrzeja Pągowskiego: Papierosy są do dupy. Fajnie, tylko w lokalu mimo to można kopcić. Szkoda, bo sam palę ale jak mi ktoś dmucha do jedzenia, dostaję szewskiej pasji.
Asia - Gdy już zajęliśmy miejsca trochę trwało zanim podeszła do nas kelnerka i troszkę tak od niechcenia, patrząc w inną stronę podała nam menu.
Igor - A menu to zwykła karta, ale w dobrym stanie (różnie bywało), z lekko startym logo i datą powstania pizzerii. W środku kilka kategorii dań, bo nie samymi pizzami Papa Lolo stoi.
Asia - Do wyboru pizza tradycyjna oraz firmowa (na grubym cieście), do tego kuchnia śródziemnomorska oraz polska. Herbaty, kawy, napoje. Standard, bez rewelacji. Słowem w menu każdy coś dla siebie znajdzie.
Igor - Ale my przyszliśmy tu na pizzę. Szybko wybraliśmy dwie różne, na dwóch różnych ciastach - tak aby móc porównać.
Asia - Zdecydowaliśmy się na firmową Fantazję - sos, ser, szynka, salami, papryka, pieczarki, groszek, kukurydza; oraz na tradycyjną Prosciuto - sos, ser, szynka. Do tego herbata i napój. Kelnerka pojawiła się po jakimś czasie. Przyjęła zamówienie i zniknęła gdzieś w kuchni.
Igor - Po niedługim czasie pojawiła się ponownie z napojami i sosami. Asia w tym czasie była w toalecie.
Asia - ...cóż mogę powiedzieć... toaleta ma tyle lat co lokal. Jeśli będąc w Papa lolo nie musicie z niej korzystać, to nie idźcie.
Igor - W oczekiwaniu na podanie jedzenia, słuchaliśmy muzyki lecącej z telewizora. Dokładniej mówiąc to była włączony program Viva, tak więc co jakiś czas posłuchaliśmy reklam, czasem głupkowatych komentarzy prowadzących. Ogólnie trochę czekaliśmy na te pizze. Pierwsza przybyła ta na grubym cieście.
Asia - Złapaliśmy za sztućce aby spróbować tego grubego cuda... Dla mnie ciasto miało smak domowego placka do pizzy (jeśli ktoś kiedyś próbował zrobić w domowym zaciszu pizzę, i dodał za dużo droży to wie o czym mówię), dla Igora zaś pizzy kupowanej w markecie i odgrzewanej w mikrofali. Na szczęście po chwili kelnerka przyniosła drugi placek. Na bardzo cienkim cieście.
Igor - No właśnie, ta na grubym cieście kompletnie mi nie zasmakowała, natomiast ta na cienkim była już o wiele lepsza. Jednak obie pizze łączyło jedno - ser.
Asia - Wprawdzie roztopiony i żółty, ale bardzo tłusty, kleisty i mało smaczny. Spróbowałam go na obu pizzach i ciut lepiej komponował mi się z plackiem drożdżowym. Szybko więc ustaliliśmy kto - co zje.
Igor - Do pizzy, która w miarę mi smakowała, postanowiłem dodać jedne z dwóch sosów. Standardowo jak w każdej pizzerii sos pomidorowy i sos czosnkowy. Ten pierwszy niestety, standardowo przesycał smak koncentratu, a ten drugi aż za bardzo smak zawdzięczał czosnkowi w proszku.
Asia - Widząc minę Igora zrezygnowałam z sosów. Skupiłam się na tym co miałam na talerzu. I wszystko było dobrze dopóki nie trafiłam na paprykę... konserwową. Przyznam, że nie rozumiem używania konserwowej papryki, gdy nie tak trudno o świeżą.
Igor - Natomiast moja pizza, w sumie nie ma się do czego przyczepić. Równo pokrojona, ciasto wypieczone i cienkie, a składniki smaczne. Rewelacyjna ona nie była ze względu na ser, ale zdecydowanie wykracza poza przeciętną normę.
Asia - Gdy już zjedliśmy, a stolik obok zapalił kolejną serię papierosów postanowiliśmy zakończyć wizytę. Niestety kelnerki jak na złość nie było. Gdy po kilku minutach się pojawiła Igor podszedł do baru aby uregulować rachunek.
Igor - Poprosiłem o rachunek. Kelnerka wstukała wszystkie pozycje w kasę fiskalną i podała sumę do zapłacenia.
Asia - Nie wiem komu polecić ten lokal. Ani wybór oszałamiający, ani jedzenie jakoś specjalnie pyszne, obsługa, wystrój i wrażenia lekko poniżej przeciętnej. Warto chyba tylko pójść żeby zobaczyć, czy smakuje nam bardziej pizza na grubym czy cienkim cieście.
Igor - No może dla świadomości zwiedzenia najstarszego takiego lokalu w Łodzi. Tylko to chyba już za mało, aby chciało się tam wrócić.



Wydatki:
Fantazja 19.90 zł
Prosciuto 17.00 zł
Herbata 5.50 zł
Napój 6.00 zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: +1
jedzenie: +1
czas: +4
wystrój: -1
czystość: +1


Ogólna ocena:


Papa lolo
Łódź, al. Piotrkowska 196
tel. 0-42 636-88-94
www.papalolo.pl



Wyświetl większą mapę

PokazuJemy czytelników strony