27 sie 2008

Sioux - dziki zawód


Asia - Środa, popołudnie, zakupy... Koniec końców troszkę zgłodnieliśmy.
Igor - No nawet troszkę bardziej niż troszkę. Dlatego jak już znaleźliśmy się w Manufakturze, stwierdziliśmy że można coś tu przekąsić.
Asia - Przeszliśmy aż od kina do "food court" - zdecydowaliśmy przysiąść w ogródku sieciowej restauracji Sioux.
Igor - I tu, aby być uczciwym, należy powiedzieć że restauracjach Sioux byliśmy już parokrotnie. Chyba z dwa razy w lokalu przy ul. Piotrkowskiej i tyle samo razu w tym Manufaktorowym.
Asia - Nie zdarzyło się przy tym żebyśmy trafili do pustego lokalu. Zawsze zajętych jest tam więcej niż połowa miejsc. Na szczęście w ogródku znalazł się stolik dla nas. Chwilę po tym jak usiedliśmy podeszłą do nas kelnerka z menu.
Igor - Tak stolik... jeden z wielu stolików. Jeden z za wielu stolików. Aby do niego dojść, trzeba było przeciskać się między wieloma innymi stolikami i ustawionymi wokół nich krzesełkami, przeskakując przez podpory do stojących parasoli. A przy samym stoliku, w sam raz aby usiąść i siedzieć. O wstawaniu już mowy nie ma, bo oparcie krzesełka przyblokuje krzesełkiem klient za moimi plecami.
Asia - Ale na szczęście mieliśmy miejsce. Jak na te warunki nawet wygodne. No może poza tymi lampkami na środku - na każdym stole jest lampka, której nie da się przestawić, więc zerkaliśmy na siebie raz z prawa raz z lewa wybierając dania z menu.
Igor - I to nie jest wymysł tylko tej restauracji i tylko ogródka. Za każdym razem, te lampki stawały pomiędzy nami.
Asia - Wróćmy jednak do jedzenia i obsługi. Ponieważ byliśmy dość głodni zależało nam na daniu które dostaniemy szybko, lub na jakiejś przekąsce na początek.
Igor - A kelnerka pojawiła się po około 5 minutach od naszego przyjścia. Troszkę zacząłem się niecierpliwić że tak długo. No ale dobra kelnerka, to już połowa sukcesu knajpy. Była uśmiechnięta i od razu zaproponowała nam coś do picia. My wiedzieliśmy, że musimy coś zjeść na szybko, spytaliśmy się jej co może nam polecić.
Asia - Dziewczyna rozpoczęła wymienianie przystawek na ciepło... stanęło na porcji pieczywa czosnkowego oraz porcji z serem. Nawet nie wybraliśmy napojów - chcieliśmy aby te tosty trawiły do nas. Gdy kelnerka odeszła zaczęliśmy wybierać właściwe dania.
Igor - Co by tu wybrać? Menu Siouxa słynie z nietuzinkowych nazw. To już któryś raz, kiedy spotykamy się w menu z jakimiś wymyślnymi nazwami dla zwykłych dań. Nie wiem czemu ma to służyć, chyba tylko pokazaniu jak bujną wyobraźnię ma twórca takiej karty dań.
Asia - Takie wymyślne nazwy są także m.in. w HollyŁódź. Ja w Sioux wybrałam "lot orła stepowego" czyli filet z kurczaka grilla z frytkami i surówką. Brzmiało ciekawie.
Igor - Ja kierowałem się opisami, a nie tymi nazwami. Ale wziąłem tez pod uwagę, w jakiej knajpie jesteśmy... dziki zachód to także Meksyk. Wybrałem zatem meksykańskie danie Fajitas de cerdo, czyli kawałki marynowanego mięsa smażonego z cebulą, papryką, przyprawą meksykańską, podawane na gorącej patelni z sosami i dwoma tortillami na ciepło w koszyczkach.
Asia - Gdy wybraliśmy dania, na stole pojawiły się koszyczki z naszą ciepłą przystawką. 4 grube kromki, przyjemnie przysmażone, z odrobiną sera, delikatnie chrupiące. Kelnerka przyjęła od nas zamówienie na główne jedzenie i zostawiła nam jedno menu - gdybyśmy chcieli coś domówić.
Igor - Pieczywo czosnkowe było wyśmienite. Chrupiące, delikatnie nasmarowane czosnkiem, a ser przyjemnie przypieczony. Trochę szkoda, że te koszyczki takie dziurawe, bo zostawiłem pełno okruszków na stole. Niemniej, palce lizać.
Asia - Myślałam, że napiszesz coś o menu, ale widać tak przyjemnie wspominasz to smaczne pieczywo, że wyleciało Ci z głowy. A słówko o menu trzeba napisać... Niestety, widać że nie wytrzymuje ono próby czasu i ilości klientów. Wprawdzie okładki są drewniane, więc dużo im nie zaszkodzi, ale papierowe kartki z metalowymi narożnikami po prostu odpadają.
Igor - No faktycznie, menu wyglądało nieapetycznie. W przeciwieństwie do pieczywka. No ale wszystko co smaczne, szybko znika. Równie szybko pojawiła się kelnerka, która z uśmiechem na twarzy zapytała, czy już zdecydowaliśmy co do picia.
Asia - Tradycyjnie wybrałam wodę - gdyby danie było za ostre, mam czym przepłukać kubeczki smakowe; gdy niesmaczne, zapycham sobie żołądek wodą.
Igor - Ja wybrałem ice tea. Zaraz po tym udałem się do toalety. No i powiem wam, że równie oryginalnej jeszcze nie widziałem. Niby nic specjalnego, ale wchodzi się przez skrzypiące zablokowane zablokowane dość oryginalną zasuwką/skobelkiem zamiast klamki. W środku, pierwsze pomieszczenie to umywaleczka - mała, ale kran idealnie po środku. Niby głupi szczegół, ale mało to knajp w których kran jest na wysokości zewnętrznej krawędzi umywalki? I jak tam się nie pochlapać? Następne drzwi prowadzą do półokrągłego pomieszczenia z pisuarem. A następne pomieszczenie, znajduje się na końcu tego ślimakowatego pomieszczenia. Ślimakowatego, bo po toalecie łazi się jak po wnętrzu skorupy ślimaka. Wszystko czyste i pachnące.
Asia - Damska toaleta to raczej jaskinia. Duża owalna przestrzeń z muszką po jednej stronie i umywalką po drugiej. To chyba pierwsza toaleta w której poza lustrem nie ma ani jednej linii prostej (ściany łączą się łukiem z sufitem - całość wygląda jak wnętrze jaja).
Igor - Kiedy wróciliśmy, zaraz po tym przyszła kelnerka i postawiła przed nami nasze dania. Życzyła smacznego i zostaliśmy sami. Ja z gorącym talerzem i z koszyczkiem obok, a Asia ze swoim talerzem i trzema sosami.
Asia - Na moim talerzu była ogromna pierś "orła", troszkę frytek, trzy surówki i pita w kształcie gwiazdy. Rozpoczęłam od surówek (smakowały jak kupne) bo widziałam że cieknie z nich sok... a nie ma nic gorszego niż podmoknięte frytki. Niestety, jadłam zbyt wolno i każda kolejna frytka nasiąkała coraz mocniej sokiem z buraczków/ białej kapusty. Co do mięsa to mogę powiedzieć, że było. Cienkie, delikatnie wysmażone. Bez rewelacji smakowych, ale smaczne. Sosy były zjadliwe, nie jakoś specjalnie zachwycające - konsystencja gęsta, smak całkiem-całkiem; szkoda tylko, że miały zaschniętą skórkę na górze.
Igor - Natomiast moje danie, to niestety porażka. Liczyłem na coś pysznego, a dostałem jakieś leczo ze skrawkami wypieczonej shoarmy. Wszystko strasznie ciężkie w smaku. Cebula, papryka i sos - to główne składki tego dania. Gdybym szedł na popijawę, z dużą ilością alkoholu, to pewnie takie jedzenie by mnie uratowało, ale tym razem chciałem coś mniej ociekającego tłuszczem. Dodatkowo moje tortille, które podano mi na osobnym koszyczku, mimo że miały być ciepłe, to już w chwili podania były chłodne. Mieszałem widelcem i wybierałem co lepsze kąski. Nawet ciekawa forma podania dania - na gorącym grubym talerzu, nie sprawiała że mi bardziej smakowało. Ale i tam bym pewnie nie dał rady zjeść wszystkiego, fakt bo porcja była naprawdę duża.
Asia - Ja swoje danie skończyłabym pewnie dużo wcześniej gdyby nie pita... Dość niewyrośnięta, dość gumowata. Słowem jeden kęs żułam przez ponad minutę. Jedzeniowo nie byłam usatysfakcjonowana. Ale obsługa - bez najmniejszych zastrzeżeń. Gdy jedliśmy kelnerka podeszła i mimochodem zapytała czy nam smakuje. Odmruknęliśmy coś przeżuwając swoje porcje.
Igor - Czy się najadłem? Nie. Czy zjadłbym coś więcej? Też nie. W ustach i w brzuchu czułem rozlewający się tłuszcz mojego dania. Jedyny smaczny element, to ta "meksykańska przyprawa", ale to trochę mało na uratowanie spapranego dania. Dlatego też, gdy przyszła kelnerka spytać się, czy może mamy ochotę na deser, podziękowałem i poprosiłem o rachunek.
Asia - Kelnerka zapytała czy chcielibyśmy zapłacić kartą czy gotówką. Ponieważ wybraliśmy kartę, dziewczyna zniknęła w lokalu i wróciła z przenośnym terminalem. Wreszcie lokal gdzie nie trzeba chodzić do baru czy na zaplecze (vide: Wielki Mur), zwłaszcza, że w Sioux ciężko się poruszać.
Igor - No właśnie, wnętrze jest dość ciasne, co sprawia że osoby tu siedzące mogą się czuć nieco skrępowane i jak na jakiejś stołówce. Trzeba przyznać, że dekoratorzy włożyli wiele wysiłku w stworzenie fajnego klimatu. Właściciel chyba tez włożył sporo funduszy, które teraz za wszelką cenę chce odzyskać, maksymalnie dużą ilością stolików na metr kwadratowy.
Asia - Ale ilość przebywających tam ludzi o czymś świadczy. Być może my tylko trafiliśmy w środku tygodnia na niezbyt smaczne dania? Nie przekreślam tej knajpy, bo kilka razy jedliśmy już tam bardzo smaczne rzeczy. Jednak poleciałabym ją bardziej na wypad z kumplami niż na romantyczną kolację czy posiedzenie z dziećmi.
Igor - Ja wolę Siouxa na Piotrkowskiej, bo tam faktycznie jedliśmy smacznie. No ale teraz musi upłynąć sporo wody w Łódce, abym zapomniał smak jedzenia w Sioux.

Wydatki:
Podniebny lot orła stepowego 19.90zł
Fajitas de cerdo 23.90zł
Pieczywo czosnkowe z serem 7.90zł
Pieczywo czosnkowe 5.90zł
Ice Tea 0,25l 3.50zł
Woda 0,25l 3.00zł

Ocena (skala od -5 do +5):
obsługa: 5
jedzenie: -2
czas: 4
wystrój: 5
czystość: 5


Ogólna ocena:


Restauracja „Sioux”
Łódź, Manufaktura
tel. 0-42 632 33 80
www.sioux.com.pl


Wyświetl większą mapę

7 komentarzy:

  1. Iza Rz.2/2/09

    Musze przyznac, że przychylam się do tego "środka tygodnia". Kilkakrotnie byłam gościem "Siouxa" w Manufakturze i musze przyznać, że jedzenie zawsze było na poziomie bardzo zadowalającym ( w skali 1-5 powiedzmy zawsze "4" - może niekiedy "4-" ). Na pewno poleciłabym Siouxa każdemu głodnemu znajomemu. Nie przekreslajcie go w żadnym razie - warto spróbować kiedy indziej. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy13/10/09

    no więc jak tio było,kelnerka podeszła od razu czy tez czekaliscie ok 5 min,????????przewodnika po lokalach chyba nie napiszecie...bo takie niescisłosci was dyskwalifikuja

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy7/3/10

    Ja powiem że ostatecznie liczy się jakość podawanego jedzenia, a kelnerki to tylko mogą zrobić dobra minę do złej gry-jeśli jest niedobre jedzenie,jak miało miejsce przy mojej wizycie u nich.Zatrułam się ponieważ używali starego oleju. Więcej tam nie pójdę. Zaoszczędzili olej ale klientkę stracili na zawsze.
    J

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy17/5/10

    Tak, fajitas w wydaniu Siux to porażka. Byłam w Siux też w Gdyni i również tłuste i bez polotu. Mięsa z 5% a cebula i papryka pokrojone zbyt grubo. Całość zupełnie się nie kleiła. A pomysł na danie ciekawy, bo bawiło mnie składanie sobie samodzielnie tortilli i nakładanie sosów. Wyszłam z lokaluz zakwaszonym żołądkiem, bo w daniu nie było nic, co równoważyłoby cebulę i paprykę(np. śmietany).

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy12/11/10

    Byłem wczoraj w Manufakturze Siouxie. NIESTETY nie znałem tej strony i tego, co piszecie o fajitas.

    NIESTETY zamówiłem fajitas.

    NIE JEST PRAWDĄ, że składa się ono z papryki, cebuli i mięsa. W moim przypadku składało się ono z TŁUSZCZU. Była to patelnia do połowy wypełniona jakimś olejem, w którym taplały się kawałki grubo krojonej papryki i cebuli.

    Fajitas w Siouxie w Manufakturze:
    N I E S M A C Z N E!

    (a szkoda, lubiłem tą knajpę za wygląd i obsługę; strasznie jestem zdegustowany, że jedzenie okazało się tak wyjątkowo niedobre właśnie wtedy, gdy wybrałem się tam z dziewczyną)

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy26/5/12

    Byłam tam raz, zaraz po otwarciu i zatrułam się papryką. Również z tego co słyszałam mięsa nie przygotowują na miejscu, tylko odkupują ze sfinxa, więc kupne sałatki są możliwe.

    OdpowiedzUsuń

PokazuJemy czytelników strony